Wpisy z tagiem: podróże
piątek, 16 lipca 2010
Miałam dziś fajny dzień. Ostatnio sporo czasu spędzałam przed komputerem, z powodu pewnej sprawy, którą muszę pilnie dokończyć, czasem zostawałam w domu nawet jeśli Mąż jechał np. do Brennej... A jak tak ciągle się nad czymś siedzi, to z czasem idzie coraz wolniej i wolniej, bo ileż można? Tym bardziej ucieszyła mnie dzisiejsza wycieczka. Razem z przyjaciółką, którą rzadko widuję, wybrałyśmy się do Pszczyny. Rano zrobiłyśmy sobie mały piknik w parku, potem postanowiłyśmy pojechać nad wodę. I tu zaczęły się schody ;) Kiedy dojechałyśmy nad jezioro okazało się, że koleżanka zapomniała stroju kąpielowego. Wpadłyśmy więc na pomysł jak pogodzić powrót do domu po strój i wypad nad wodę tak, żeby nie nadkładać drogi. Wszystko zapowiadało się super, bo wybrałyśmy miejsce, gdzie miałybyśmy cały zbiornik wodny dla siebie i w ogóle świetne warunki... A realia były takie, że albo była woda max. do pół uda, albo ruchome piaski na dnie (zapadałyśmy się po kolana... no, to wtedy woda sięgała do pasa ;)), albo... atakowały nas mewy. Jeszcze nie widziałam, żeby tak się odnosiły do ludzi, im dalej szłyśmy, tym bardziej robiły się napastliwe... albo wyglądałyśmy nader apetycznie, albo - i podejrzewam że to jest właściwa odpowiedź - na wysepce do której się kierowałyśmy miały gniazdo i za wszelką cenę chciały nas odstraszyć. Udało im się ;) Wróciłyśmy na płytszą wodę i tam spokojnie zanurzyłyśmy się po szyję, sadzając swoje szanowne cztery litery na dnie jeziora ;) Też fajnie ;) W rezultacie wróciłam do domu super wypoczęta i naładowana pozytywną energią. A przyda mi się ona, bo wciąż czeka na mnie praca do dokończenia "na wczoraj".
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Miniony weekend nie dał mi szans na wyspanie się, ale za to dostarczył wielu ciekawych wrażeń. Zaczęło się od piątkowego popołudnia - razem z Arkiem wybraliśmy się na "Balladynę" wystawianą przez lokalne koło teatralne. Nie żebyśmy się tak na codzień ukulturalniali - chcieliśmy zobaczyć moją przyjaciółkę w roli Kirkora. Warto było - do tej pory jestem pod wrażeniem niektórych postaci, a przyznam, że nie spodziewałam się aż takiego poziomu. Również oszczędna scenografia i kostiumy doskonale się sprawdziły. W sobotę wybrałam się na wycieczkę do Krakowa. Głównym celem było spotkanie z jedną z zaprzyjaźnionych blogerek i zrobienie jej zdjęć. Cel udało się zrealizować w 200 procentach, bo nie dość, że zdjęcia rzeczywiście zostały zrobione, to jeszcze przegadałam kilka godzin z uroczą osobą, przespacerowałam się po Kazimierzu i Plantach i zjadłam pyszną zapiekankę :) Na wypadek gdyby tych 200% było mało, wcześniej udało mi się jeszcze wypić koktail i pośmiać w miłym "forumowym" towarzystwie. A po drodze między jednym a drugim spotkaniem odebrałam ze sklepu zamówioną blendę. Mimo, iż mogłaby się przydać, nie odważyłam się jej użyć podczas sesji z Asią. Powód jest jeden - obawiałam się, że jej potem nie złożę! A nie uśmiechało mi się taszczenie ze sobą przez pół Krakowa, a następnie podróżowanie PKSem ze świecącą planszą o wymiarach około 90x120 cm ;) Dopiero dziś odważyłam się ją rozłożyć i... trenowałam składanie. Udało się! A chodzi o coś takiego - i uwierzcie mi, dla osoby początkującej składanie nie jest tak banalnie proste, jak dla autora tego filmiku. Kiedy wreszcie wróciłam stęskniona wieczorem do nie mniej stęsknionego Męża, marzyłam już tylko o łóżku. Niestety nie na długo było mi dane, bo w niedzielę czekała nas pobudka o 6:30 i podróż do Brennej. Ciężki to był dzień... wróciliśmy do domu po 21.00, znów nie mając siły nawet ruszyć ręką. Ale były i 2 pozytywy: po pierwsze, spędziliśmy ten dzień RAZEM, po drugie: Mąż sprezentował mi uroczego towarzysza, który teraz wywołuje uśmiech na mojej twarzy ilekroć na niego spojrzę :) To moja ulubiona - obok Kłapouchego - postać z "Kubusia Puchatka". A książkę tę tak naprawdę poznałam i doceniłam dopiero na studiach... ale to materiał na zupełnie inny wpis. W każdym razie przedstawiam Wam mojego MiniProsiaczka :D I to by było na tyle. Wczoraj padliśmy na łóżko wykończeni, a dziś znów pobudka 6:30 i do pracy... To samo we wtorek i środę, a w środę po południu (z pewnością niezwykle wypoczęci...) wybieramy się na wesele biblijnej pary - Adama i Ewy :) Jeśli nie zaśniemy w połowie imprezy to uznam to za sukces :)
czwartek, 29 kwietnia 2010
Szaleństwo... Jutro ruszamy w drogę, a jeszcze tyle do załatwienia, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. Zresztą dziś jestem już tak zmęczona, że za nic się nie biorę, więc jutro będzie podwójne szaleństwo. Ale kolejna sesja "brzuszkowa" za mną (właściwie za nami, bo bez pomocy Męża mogłabym sobie najwyżej siąść na środku studia i płakać), z czego bardzo się cieszę. Efekty jutro wieczorem pojawią się na stronie www. Oczywiście jeśli zdążę je obrobić. I się spakować. I ogarnąć mieszkanie. I ostrzyc Męża. I jeszcze pewnie milion innych spraw. Zdążę. Przecież jestem kobietą ;) "Portret kobiecy" (Wisława Szymborska)
PS. Widziałam dziś piękny film pt. "Adam". Niezwykły, poruszający, wyjątkowy. Polecam z całego serca! PS. Czy ja w ogóle wspominałam gdzie jedziemy?? Do lasu!!! :D Leśniczówka, konie i kajaki czekają na nas gdzieś w okolicy Olsztynka. Trzymajcie kciuki za nas i naszą Asterkę, żeby bezpiecznie dowiozła nas do celu, a za tydzień do domu! |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moja twórczość
Podczytuję
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||