Wpisy z tagiem: małżeństwo
wtorek, 28 grudnia 2010
Zaliczyliśmy dziś sesję "brzuszkową" :) Myślałam, że po tym, jak przez ponad rok stawałam wyłącznie po tej drugiej stronie obiektywu dziwnie będzie pozować do zdjęć - wcale nie. Z Gosią w zakresie fotografii nadal rozumiemy się bez słów i nie wyobrażam sobie nikogo innego w roli "naszego" fotografa. Poza tym zwyczajnie cieszę się, że mogłyśmy się spotkać i spędzić razem czas, nie widziałyśmy się chyba z rok... Efekty sesji widziałam na razie tylko w aparacie i zapowiadają się pięknie, po Nowym Roku zobaczymy, co z tego wyszło rzeczywiście, ale jestem pewna, że będziemy zadowoleni. No i po raz tysięczny zakochałam się w swoim Mężu, rano obawiałam się marudnego humoru pt. "wstałem o 6, w nocy pies nie dał mi spać, śnieg sypie, dajcie mi wszyscy święty spokój", a ostatecznie było... czule, troskliwie, miłośnie i tak, że mogłabym go zacałować na śmierć na środku studia. Bo dziś Międzynarodowy Dzień Pocałunku, tak przy okazji ;)
niedziela, 20 czerwca 2010
Byłam. Zagłosowałam. I tak będę musiała iść drugi raz, bo na 1 turze się nie skończy ;) Poza tym dostałam okres. Spóźnił się tydzień, żeby mi zrobić niespodziankę z okazji rocznicy ślubu. Bo - i to jest najważniejsza nowina dnia dzisiejszego - JUŻ ROK JESTEŚMY MAŁŻEŃSTWEM! Rok i jakieś 6 godzin ;) I bardzo mi z tym dobrze, i oby nigdy gorzej nie było ;)
środa, 13 stycznia 2010
Dopiero po 3 latach związku zwróciłam uwagę, jak małe są moje stopy przy stopach mojego Męża. I że potrafię po rytmie jego oddechu poznać, że zasnął. Niesamowite, że ciągle można odkrywać coś nowego. Wiem, że to śmieszne, ale dla mnie naprawdę fascynujące - dla mnie, czyli dla osoby, która do tej pory w każdym związku po pół roku umierała z nudów ;) *** A tak z innej beczki: ponieważ mój komputer odzyskał "głos", na nowo napawam się możliwością słuchania muzyki. Od kilku dni co druga słuchana przeze mnie piosenka to:
niedziela, 20 grudnia 2009
Nie wiem kiedy to zleciało - a to już pół roku od ślubu. Pół roku "docierania się" i pół roku szczęścia :) I tak sobie wspominam TEN dzień... jakkolwiek banalnie to zabrzmi, naprawdę był to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu, chociaż nie jestem jedną z tych osób, które od dzieciństwa wyobrażały sobie siebie w białej sukni. Wszystko tak doskonale się udało, czułam się piękna, szczęśliwa i kochana - nie tylko przez Męża, ale przez wszystkie najbliższe osoby, które towarzyszyły nam w tym dniu. Czułam, że szczerze cieszą się naszym szczęściem. I tego życzę każdej pannie młodej.
poniedziałek, 30 listopada 2009
Kiedy wychodzę do pracy, mój Mąż budzi się na chwilę i uśmiecha. To uśmiech zadowolenia, że udało mu się zobaczyć mnie jeszcze zanim zniknęłam za drzwiami. Z tym rozkosznym uśmiechem mówi "pa!" i z powrotem zasypia. Jedno krótkie "pa", które sprawia, że będę tęsknić za nim cały dzień...
środa, 11 listopada 2009
Dochodzę do wniosku, że lepiej czułam się z rolą "pani domu" latem niż teraz, jesienią. Pewnie nie bez znaczenia pozostaje fakt, że ogólnie lepiej się czuję latem i mam wtedy więcej energii. Jesienne długie wieczory wprowadzają mnie w senny nastrój, wcześnie robi się ciemno i mam wrażenie, że jest już późno i nie ma sensu za nic się zabierać. Pozbawiona światła słonecznego więdnę jak moje kwiaty, o których podlewaniu przypominam sobie ostatnio tylko wtedy, gdy widzę, że ich gałązki tracą witalność... A bałagan panujący w domu jest wprost nie do opisania. Do generalnych porządków zbieram się od miesiąca, do jesiennego przeorganizowania ubrań w szafie tyleż. I to nie jest tak, że nie mam czasu. Po prostu mi się nie chce, nie mam siły, jestem ciągle zmęczona. Jest szansa, że w przyszłym tygodniu coś ruszy w kwestii sprzątania. Jak co drugi tydzień, będę miała wolne popołudnia (Mąż w pracy na 2 zmianę), a wtedy znacznie lepiej mi się pracuje - nikt mnie nie rozprasza ;) Poza tym zbliżają się moje urodziny - jak tu zaprosić gości do takiego bałaganu?
poniedziałek, 02 listopada 2009
Zwariować można, kiedy marzy się o dziecku, a jednocześnie nie wiadomo, kiedy sytuacja życiowa pozwoli na to, żeby można się było o nie starać... Niby wystarczy, żeby była praca. Ale jak już będzie, to najlepiej na stałe, żeby mieć jakąś nadzieję na to, że po urlopie macierzyńskim będzie gdzie wrócić. A to przecież nie takie proste. A już ciąża to w ogóle nie jest prosta sprawa. Czy ja sobie z tym poradzę?? No i młodsza też się nie robię, jeśli chcemy mieć więcej niż 1 dziecko, to dobrze byłoby drugie urodzić jeszcze przed trzydziestką... Mam 25 lat, a gdzie jeszcze do starań o to pierwsze? To wcale nie jest tak, że obsesyjnie myślę o dziecku. Ale instynkt szaleje już od dawna, a koleżanki albo są w ciąży, albo już urodziły, albo intensywnie się starają... Ostatnio któraś powiedziała, że dla niej wiek 25 lat na urodzenie 1 dziecka to już późno. I tak zaczęłam się zastanawiać. Może coś w tym jest? Chcę zdążyć przed 30-tką, bo nigdy nie byłam fanką późnego macierzyństwa, a poza tym im później, tym większe zagrożenia... no ale jak tu się decydować na dziecko, gdy nie ma się nawet własnego kąta? :( |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Moja twórczość
Podczytuję
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||