Wpisy z tagiem: wyjazd

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Miniony weekend nie dał mi szans na wyspanie się, ale za to dostarczył wielu ciekawych wrażeń. Zaczęło się od piątkowego popołudnia - razem z Arkiem wybraliśmy się na "Balladynę" wystawianą przez lokalne koło teatralne. Nie żebyśmy się tak na codzień ukulturalniali - chcieliśmy zobaczyć moją przyjaciółkę w roli Kirkora. Warto było - do tej pory jestem pod wrażeniem niektórych postaci, a przyznam, że nie spodziewałam się aż takiego poziomu. Również oszczędna scenografia i kostiumy doskonale się sprawdziły.

W sobotę wybrałam się na wycieczkę do Krakowa. Głównym celem było spotkanie z jedną z zaprzyjaźnionych blogerek i zrobienie jej zdjęć. Cel udało się zrealizować w 200 procentach, bo nie dość, że zdjęcia rzeczywiście zostały zrobione, to jeszcze przegadałam kilka godzin z uroczą osobą, przespacerowałam się po Kazimierzu i Plantach i zjadłam pyszną zapiekankę :)

Na wypadek gdyby tych 200% było mało, wcześniej udało mi się jeszcze wypić koktail i pośmiać w miłym "forumowym" towarzystwie. A po drodze między jednym a drugim spotkaniem odebrałam ze sklepu zamówioną blendę. Mimo, iż mogłaby się przydać, nie odważyłam się jej użyć podczas sesji z Asią. Powód jest jeden - obawiałam się, że jej potem nie złożę! A nie uśmiechało mi się taszczenie ze sobą przez pół Krakowa, a następnie podróżowanie PKSem ze świecącą planszą o wymiarach około 90x120 cm ;) Dopiero dziś odważyłam się ją rozłożyć i... trenowałam składanie. Udało się! A chodzi o coś takiego - i uwierzcie mi, dla osoby początkującej składanie nie jest tak banalnie proste, jak dla autora tego filmiku.

Kiedy wreszcie wróciłam stęskniona wieczorem do nie mniej stęsknionego Męża, marzyłam już tylko o łóżku. Niestety nie na długo było mi dane, bo w niedzielę czekała nas pobudka o 6:30 i podróż do Brennej. Ciężki to był dzień... wróciliśmy do domu po 21.00, znów nie mając siły nawet ruszyć ręką. Ale były i 2 pozytywy: po pierwsze, spędziliśmy ten dzień RAZEM, po drugie: Mąż sprezentował mi uroczego towarzysza, który teraz wywołuje uśmiech na mojej twarzy ilekroć na niego spojrzę :) To moja ulubiona - obok Kłapouchego - postać z "Kubusia Puchatka". A książkę tę tak naprawdę poznałam i doceniłam dopiero na studiach... ale to materiał na zupełnie inny wpis. W każdym razie przedstawiam Wam mojego MiniProsiaczka :D

prosiaczek zawieszka

I to by było na tyle. Wczoraj padliśmy na łóżko wykończeni, a dziś znów pobudka 6:30 i do pracy... To samo we wtorek i środę, a w środę po południu (z pewnością niezwykle wypoczęci...) wybieramy się na wesele biblijnej pary - Adama i Ewy :) Jeśli nie zaśniemy w połowie imprezy to uznam to za sukces :)

poniedziałek, 10 maja 2010

Jeśli chcecie mieć jakieś wyobrażenie o tym, jak mijał nam czas na urlopie, to wyobraźcie sobie uroczy drewniany dom położony w środku lasu, gdzie nie docierają dźwięki "cywilizacji", a zastępuje je śpiew ptaków i stukanie dzięciołów. Otwieracie drzwi pokoju (pokoju, w którym znajduje się wielkie mega-wygodne łóżko i kominek!), a za nimi, zależnie od dnia: pies, koty, owce, konie, kucyk albo króliki. Albo wszystko na raz. Na horyzoncie (to zwykle konie, koty i króliki) lub na progu (to zwykle pies albo owca). W jadalni o stałych porach dostajecie pod nos przepyszne jedzenie. Resztę czasu poświęcacie na spacery po lesie, grę w bilard na świeżym powietrzu, jazdę na rowerze lub konno, wycieczki po okolicy, np. do huty szkła artystycznego. Wieczory spędzacie przed kominkiem / w saunie / przed telewizorem zaśmiewając się do łez / grając w scrabble / robiąc cokolwiek innego, w każdym razie razem z ukochaną osobą. Nie myślicie o pracy, pieniądzach, problemach, ani nawet o gotowaniu, praniu i sprzątaniu. I tak przez 5 dni. No powiedzcie, czy to nie raj?

21:54, berenika1000
Link Komentarze (4) »
środa, 09 grudnia 2009

Nie lubię tego miasta, nic na to nie poradzę. Po prostu w ogóle nie lubię wielkich miast, zwłaszcza jeśli jestem w nich sama - czuję się przytłoczona i zagubiona. Tym razem wizyta w Warszawie była całkiem znośna, bo przez większość czasu miałam dobre towarzystwo. Na targach też było całkiem ciekawie, bo ciągle miałam co robić, obejrzałam też kilka pokazów najnowszych kolekcji sukien ślubnych i muszę przyznać, że było co podziwiać.

Jednak tak to już chyba jest, że najbardziej pamięta się to, co wzbudziło największe emocje - i akurat w przypadku tego wyjazdu najsilniejsze emocje były negatywne. Z pewnością właśnie to, co złe, najsilniej zapadnie mi w pamięć. Nocleg w jednym pokoju z 5 facetami i brak dostępu do prysznica po całym dniu w dusznej hali targowej to nie jest szczyt marzeń... Na szczęście udało się uratować sytuację, ale niesmak pozostał. No i z pewnością stres nieźle dał się we znaki mojemu serduszku... Ba, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie osiwiałam, ale warstwa farby  skutecznie uniemożliwia mi sprawdzenie tego ;)

Żeby jednak nie było zbyt nudno, przed powrotem do domu dowiedziałam się też, jak zaczyna się atak paniki. Nigdy więcej samotnego pobytu w wielkim zatłoczonym centrum handlowym... Gdyby od podziemia i świeżego powietrza dzieliło mnie choćby jedno piętro więcej, byłoby ze mną krucho. Agorafobia? To podobno także lęk przed przebywaniem w tłumie... bo o otwartej przestrzeni to w tamtej chwili marzyłam ;) Ale u mnie kluczem do problemu była chyba samotność - bo bez obaw mogę tkwić w największym tłoku, jeśli mam przy sobie kogoś, z kim czuję się bezpiecznie. Trochę mnie to martwi, bo ostatnio 2 razy spanikowałam, gdy w supermarkecie Mąż zniknął mi z oczu i nie umiałam Go znaleźć... W mgnieniu oka  serce zaczęło wariować po swojemu, zrobiło mi się słabo, nogi się pode mną ugięły. A przecież nigdy przedtem nie miałam z tym problemów.

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      


Lilypie Second Birthday tickers







Lubię czytać