| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      


Lilypie Kids Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Lubię czytać








Kategorie: Wszystkie | szpital
RSS
niedziela, 22 marca 2015

Znacie z dzieciństwa taki wierszyk o wróbelku Walerku, który ma werbelek?

Duży Skowronek próbował ostatnio nauczyć tego wierszyka Małego Skowronka. Efekt? Autorska wersja wierszyka stworzona przez naszego syna:

Wróbelek, werbelek,

sałatka, koperek!

Koniec!

 

Będzie poetą. Po mamusi ;)

* * *

Poza tym mamy ewidentnie etap słowotwórstwa, gdybyście słyszeli, jakie wymyśla nazwy dinozaurom... zwykle zupełnie nie do powtórzenia, w związku z czym nie zacytuję ;)

Jest też zafascynowany językiem angielskim (mają 2 x w tygodniu angielski w przedszkolu), łapie niesamowicie szybko, a wszystkie piosenki po angielsku są dużo bardziej fascynujące, niż po polsku. Poza tym gdy wymyśla kolejne nowe słowo, by nazwać coś, czego nie pamięta, zawsze nas przekonuje, że ta rzecz tak się nazywa PO ANGIELSKU ;)

09:14, berenika1000
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 marca 2015

Mamy w domu czterolatka! Na dodatek idealnie "zbilansowanego" ;) Tzn. byliśmy na bilansie czterolatka i z pomiarów wynika, że jest idealnie pośrodku wszystkich siatek centylowych (nawet nie wiedziałam, że dla takiego wieku są jeszcze siatki centylowe - a tu okazuje się, że są chyba do osiemnastki!).

104 cm, 16 kg.

Uśmiałam się, gdy pielęgniarka zaznaczając na jakiejś liście jego umiejętności, zapytała: "Czy zadaje pytania: po co? dlaczego?" Powinna zapytać, czy w ogóle przestaje mówić, gdy nie śpi.

Gdy zapytała "Czy rozumie polecenia, np. otwórz drzwi?" Maks wyszeptał mi do ucha: "Powiedz jej że ja wszystko rozumiem!" Pomyślałam sobie, że właściwie mogła zadawać te wszystkie pytania jemu, na pewno nie miałby problemu z odpowiedzią.

15:19, berenika1000
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 lutego 2015

Wróciło :) Tak mi z tym dobrze, że nawet sobie nie wyobrażacie. Może problemy nie zniknęły, może świat wcale nie stał się lepszy, ale łatwiej jest mi to wszystko znosić, gdy czuję na twarzy promienie słońca. Wychodzę rano z domu i świeci słońce. Wracam z pracy i widzę bajeczny spektakl, który światło słoneczne wpadające przez firanki urządza nam w salonie. Właściwie nie widziałam go nigdy dotąd, bo wprowadziliśmy się późną jesienią. Wspaniały widok. Budzę się z zimowego snu i z uśmiechem wypatruję wiosny, bo wydaje się, że jest już tuż za rogiem...

Tagi: pogoda
15:41, berenika1000
Link Komentarze (2) »
środa, 18 lutego 2015

Nie mam ostatnio czasu na blogowanie, ale ten temat chodził za mną od dłuższego czasu, a to co zobaczyłam wczoraj w tv chyba przepełniło czarę ;)

Zaczęło się niewinnie, właściwie dawno temu - od wszelkich syropków na kaszel i leków przeciwgorączkowych. Ok, sezon chorobowy, jeśli chodzi o leki dla dorosłych też zawsze był sezonowy szał reklamowy - potrafię to zrozumieć. I dopóki producenci prześcigali się w przekonywaniu nas, że to właśnie po ich syropku kaszel minie z dnia na dzień - ok (swoją drogą, jak moje dziecko kaszlało przez 2 miesiące i wszystkie apteczne specyfiki były bezradne, to pomógł mu syrop... z cebuli). Zaczęło się dziać coś niedobrego, gdy pojawiły się reklamy leków na odporność. Daj dziecku łyżkę tranu, łyk syropu, a potem dopchaj żelkiem z witaminami... Potem już z górki. Ma kolkę? Masz kropelki. Jest niespokojne? Proszę, czopek. Nie chce jeść? Jest na to syrop. Je za dużo słodyczy? Na to też jest syrop. Problemy z koncentracją? A tak, na to też coś mamy. I tak dalej. Niedługo powinny pojawić się reklamy przypominające rodzicom, że powinni jeszcze nakarmić dziecko czymś konkretnym POMIĘDZY syropami.

Oczywiście nie jest tak, że chodzi tylko o dzieci. Jest syrop na poprawę apetytu u osób starszych, analogiczny do tego dla dzieci. Miliard leków na wszystkie rodzaje bólu (oczywiście wszystkie z tymi samymi składnikami, ale ten jest na ból kręgosłupa, a tamten na ból głowy i musisz mieć je WSZYSTKIE), drugie tyle uspokajających, usypiających i łagodzących skutki stresu, milion pigułek odchudzających, wspomagających wątrobę, hamujących apetyt, poprawiających pamięć... Nie zapominajmy też o codziennej porcji witamin i mikroelementów, a także garści pigułek upiększających naszą skórę, włosy i paznokcie.

Ilość reklam leków i suplementów diety, jakie nas obecnie bombardują, jest porażająca. U mnie te reklamy budzą głównie irytację, ale pewnie są osoby, które wierzą, że właśnie to jest im potrzebne i - co gorsza - właśnie to jest potrzebne ich dzieciom. To rozwiąże ich problemy. Serio??? Cudowna pigułka na wszystko? Cudowna garść pigułek na wszystko, jeśli już. "Szczęśliwie" ja nie umiem połykać tabletek. Pomaga mi to zachować ZDROWY rozsądek.

Dlaczego to piszę? Zainspirowała mnie wspaniała reklama - a jakże - SYROPU dla dzieci. Kojarzycie może, dziewczynka przychodzi w nocy do rodziców (zdaje się że już śpią, więc mniemam że jest późno) i skarży się, że nie umie zasnąć. Potem scena jak nad dzieckiem wisi umęczona mama (no środek nocy, ewidentnie) - co dziwne przy zapalonym świetle, następnie bohaterski tata który przejmuje obowiązki i próbuje usypiać dziecko czytając mu książkę. A przecież jest taki wspaniały syropek, który wystarczyło dziecku podać wieczorem i po problemie. Naprawdę? NAPRAWDĘ??? Nie jestem idealną matką, nie wiem wszystkiego i na pewno nie wszystko mi się chce, zwłaszcza wieczorem, ale jeśli moje dziecko nie umie zasnąć (a zwykle sypia, podobnie jak reklamowe dziecko, przynajmniej tak sądzę) to widocznie jest ku temu jakiś POWÓD, który należy wyeliminować, żeby rozwiązać problem. Ale nie - najlepiej syropek w dziobek i z głowy. I w ogóle najlepiej co wieczór, żeby już "na wszelki wypadek".

niedziela, 25 stycznia 2015

Wraz z nowym rokiem powiększyła nam się rodzina ;)
Domowników jest w tej chwili nie 3, a 13. Na szczęście 10 z nich nie ma głosu.
Pewnie dlatego, że jeden z pozostałej trójki gada za 11.

11:46, berenika1000
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 stycznia 2015

Wygląda na to, że mieszkanie będę pokazywać w częściach, bo nie ma szans, żeby wszystkie pokoje były posprzątane na raz ;) Na pierwszy rzut - salon. Oczywiście wciąż niedokończony, ale coraz bliżej ideału. Wyobraźcie sobie, że stolik jest biały, pod nim leży srebrno-szary dywan. Wyobraźcie sobie również żyrandole i parę innych drobiazgów ;)

 

Tagi: mieszkanie
12:57, berenika1000
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 grudnia 2014

Odkopałam mój wpis z podsumowaniem 2013 roku i planami na kolejny: KLIK. Plany były bardzo konkretne i wyważone, dzięki czemu udało się je zrealizować w całości ("Sagę" skończyłam jakoś w czerwcu, we wrześniu odebraliśmy klucze do naszego M). Co jeszcze przyniósł nam ten rok:

- mój wierny Mikrus odszedł za Tęczowy Most,

- Maks został przedszkolakiem,

- przeszłam operację wycięcia endo z blizny po cc,

- przekroczyłam magiczną granicę 30 lat :)

Plany na 2015? Brak. Tylko nacieszyć się tym, co mam. Pojechać wreszcie na rodzinne wakacje. Spłacić zobowiązania, żeby mniej się martwić. Żyć.

13:52, berenika1000
Link Komentarze (4) »
piątek, 19 grudnia 2014

Pokusiłam się w tym roku o samodzielne wykonanie kalendarza adwentowego dla Małego Skowronka. Nie przekonują mnie te sklepowe okienka, głównie ze względu na tandetne wykonanie i fakt, że to co znajdujemy w środku, to zwykle produkt czekoladopodobny.

Tak więc przy użyciu papierowych kubeczków na napoje, kilku kawałków wstążki i 2 wieszaków powstało takie cudo:

 

 

A w środku każdego kubeczka mały smakołyk (czekoladka, guma do żucia albo żelki) i maleńka zabawka - kupiłam niedawno cały worek zabawek z kinder-niespodzianek (niektóre były w częściach - nie wyobrażacie sobie ile mieliśmy z Mężem śmiechu przy składaniu) oraz zestaw mini-dinozaurów, Maks bardzo lubi takie rzeczy.

Sam kalendarz napawa mnie dumą ilekroć na niego patrzę (choć teraz już niewiele z niego zostało ;)), bo jestem raczej typem, który nawet taśmy klejącej przy pakowaniu prezentów nie potrafi prosto przykleić ;) Swoją drogą, uwielbiam pakować paczki i prezenty - nieważne jak, ważne ile mam z tego radości ;)

Tagi: dekoracje DIY
11:14, berenika1000
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 grudnia 2014

Remont. Chyba tradycyjnie: kosztował więcej niż przewidzieliśmy i trwał dłużej, niż przewidzieliśmy. Wciąż wynikało coś nowego, jakieś drobiazgi, które trzeba zrobić przy okazji, bo jak nie teraz to kiedy. Właściwie głównie to generowało kłótnie. Setki kłótni. Tysiące kłótni. Ja dość płynnie poddaję się zmianom sytuacji - nie możemy zrobić tego teraz, ok, zróbmy więc coś innego. Mąż inaczej. Ale przeżyliśmy ;)

Kiedy zaczęłam się tu czuć "u siebie"? Bardzo szybko. Chyba w trakcie remontu, gdy po raz setny pokonywałam schody prowadzące do naszego mieszkania, poczułam, że już te schody "znam" i że prowadzą DO DOMU. Odkąd spędziliśmy tu pierwszą noc (chyba 7 listopada?), zostaliśmy już "na stałe" i do mieszkania rodziców zajrzałam dopiero po tygodniu albo dwóch. Było obce i puste. Teraz znów jest zamieszkałe, bo rodzice wrócili, ale jest już inne i nie moje.

Zmiana metrażu na większy oznacza dużo więcej spraw do ogarnięcia. Rachunki - daję radę. Ale wracam do domu i ciągle coś jest do zrobienia, zwłaszcza, że właściwie nadal się rozpakowujemy. Rzeczy wciąż zmieniają swoje miejsce, przybywa lub ubywa mebli (wczoraj kupiliśmy komodę, dziś patrzę na nią i myślę, że wygląda, jakby stała tam od zawsze - taka mała radość). Niektórych rzeczy wciąż brakuje, np. w miejscu regału na książki stoi wielki karton (pełen książek) z napisem "KONEWKA", co jest źródłem wesołości wielu naszych gości ;) Niektóre rzeczy wciąż są nie takie, jak miały być, niektóre jeszcze długo będą nie takie... Ale nie przeszkadza mi to aż tak, jak myślałam, że będzie mi przeszkadzać (no może tylko ten regał). Poczekam. Na razie wciąż się nacieszam małymi radościami. I wracając do domu wyciągam klucz i otwieram skrzynkę pocztową z uśmiechem, bo jest moja :)

czwartek, 27 listopada 2014

Maks ma za sobą pasowanie na przedszkolaka - został Muchomorkiem :) Denerwowałam się trochę przed uroczystością, pamiętając Dzień Mamy w żłobku (przesiedziany na moich kolanach), zwłaszcza gdy zobaczyłam, ile osób przyszło tę uroczystość obejrzeć. Na 25 przedszkolaków, publiczności było... z 70 osób? Autentycznie: mama, tata, siostra, brat, babcia, dziadek, ciocia... niektórzy zabrali chyba naprawdę wszystkich członków rodziny. Na szczęście trema szybko opuściła naszego Muchomorka - odtańczył wszystkie tańce, odśpiewał wszystkie piosenki i to z wielkim uśmiechem na twarzy. A mnie serce urosło tak, że ledwo mieściło się w klatce piersiowej ;)

Poza tym wszystko super. Mieliśmy przejściowe problemy z sikaniem w przedszkolu, ale minęły (i dziecię dorosło do sikania na stojąco!), minął też okres obserwacji, po którym oprócz oczywistych problemów ruchowych, o których wiedzieliśmy, nie ma do Maksa żadnych zastrzeżeń. Co więcej, jako jedyny w grupie umie liczyć! :) Ja ze swojej strony widzę postępy w kolorowaniu i rysowaniu.

Z chorowaniem zdecydowanie lepiej. O ile w żłobku proporcje wyglądały tak, że chodził tydzień, a 3 tygodnie chorował, o tyle tu jest odwrotnie. Na przestrzeni 3 miesięcy nie było go w przedszkolu niecałe 3 tygodnie. W październiku byliśmy u lekarza po raz pierwszy od lipca - pani pediatra była w szoku ;)

Ja tymczasem zdążyłam polubić jego wychowawczynię, która mimo mało atrakcyjnej fizjonomii (mnie się kojarzy z Babą Jagą, nic na to nie poradzę) okazała się bardzo miłą kobietą i mamy z nią dużo lepszy kontakt niż z "ciociami" ze żłobka.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55