| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          


Lilypie Kids Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Lubię czytać








Kategorie: Wszystkie | szpital
RSS
wtorek, 28 lipca 2015

To tam spędziliśmy dzień z najpiękniejszą pogodą ;) I dobrze, bo park dinozaurów w Łebie to cały dzień chodzenia - dużo atrakcji na baaaaardzo rozległym terenie. Szczegóły tego, co znajdziecie w parku - tutaj, ja natomiast powiem, co nam się najbardziej podobało:

- dinozaury - czyli to co najważniejsze dla naszego małego miłośnika dinozaurów; świetnie wykonane i w większości z dźwiękami, jest ich naprawdę dużo w całym parku,

- mini-golf - dużo dołków, ciekawe przeszkody, Maks widział to pierwszy raz i był zachwycony,

- bardzo rozległy plac zabaw (w całości wysypany piaskiem, można zasuwać na boso) i drugi, nieduży, ukryty w lesie małpi gaj,

- piękne widoki i sporo cienia, co było ważne przy tak słonecznej pogodzie - jedynie na placu zabaw naprawdę go brakowało,

- wioska indiańska, w której można było np. nauczyć się wypłukiwać złoto, było malowanie twarzy w stylu indiańskim itp.

- cena - 40 zł/os. a nasz czterolatek załapał się na wejście gratis - park jest więc dużo tańszy niż np. Dream Park w Ochabach w którym byliśmy kilka razy i choć też bardzo nam się podoba, to do tego w Łebie się nie umywa i jest jakieś 100 razy mniejszy.

Jest też sporo innych atrakcji, kino 7D, bajlandia (nic ciekawego), trochę zajęć z animatorami. Niezła dostępność do toalet (co dla mnie było dość istotne ;)), natomiast gorsza do jedzenia (tylko w 3 punktach na terenie całego parku były obiekty gastronomiczne, co przy wielkości parku sprawiało, że mogłeś zgłodnieć będąc bardzo daleko od któregokolwiek z nich - własne zapasy niezbędne!).

Resztę opowiedzą Wam zdjęcia.

Poszukiwacze złota :)

12:04, berenika1000
Link Komentarze (1) »

Podróż tam i z powrotem

Ze względu na upały oraz na fakt, że łatwiej, gdy dziecko w aucie podczas długiej podróży po prostu śpi, zdecydowaliśmy się wyruszyć ze Śląska nad morze nocą. Tym razem nie był to jednak dobry pomysł, podróż była bardzo męcząca (zwłaszcza dla kierowcy, czyli Dużego Skowronka), a i teoretycznie śpiące całą drogę dziecko budziło się na każdym postoju (a było ich mnóstwo) i było średnio zadowolone. Podróż nad morze zajęła nam 12 godzin i to było bardzo ciężkie 12 godzin.

W drodze powrotnej nie było już groźby upałów i ze względu na kiepskie doświadczenia z ww. podróży nocą, postanowiliśmy jechać w ciągu dnia. Pogoda była doskonała do jazdy, a ze względu na mniejsze zmęczenie rzadziej musieliśmy robić przerwy. Dzięki temu, mimo godzinnego stania w korku w Łodzi (którego nie doświadczyliśmy podczas jazdy nocą), droga powrotna zajęła nam zaledwie 10 godzin. Mały Skowronek zniósł tę podróż wspaniale, nie marudził ani trochę, ze 2 razy się zdrzemnął, a resztę czasu oglądał krajobraz za oknem, trochę komentował, po wizycie w McDonaldzie bawił się nową zabawką z HappyMeal'a. Dlaczego McD, zapytacie? Odkąd podczas innej podróży nad morze zatrułam się jedzeniem w przydrożnym barze, nie jemy w drodze nic innego niż własny prowiant lub właśnie jedzenie z McDonalda. Jest jakie jest, ale nigdy przenigdy się nim nie zatrułam ani nie słyszałam, żeby ktoś się zatruł. A w końcu nie jemy tego codziennie.

Pobyt nad morzem

Morze przywitało nas kapryśną pogodą i taką też zresztą podtrzymywało przez cały czas. Słońce na zmianę z deszczem i nieustanny, silny wiatr. Nie daliśmy się jednak zniechęcić i korzystaliśmy z pobytu ile tylko się dało. Z ciekawych miejsc odwiedziliśmy: Rodzinny Park Rozrywki w Łebie (o tym w drugiej notce), Muzeum Zabawek PRLu (oglądaliśmy bajki z rzutnika i piliśmy pyszną oranżadę!), Illuzeum w Łebie (bardzo polecam!) oraz latarnię morską w Stilo.

Ze względu na pogodę nie zaliczyliśmy typowego wylegiwania się na plaży w słońcu, ale też nie nastawialiśmy się na to, bo nie jesteśmy typem osób, które leżą plackiem i się smażą ;) Nie zabrakło jednak czasu na zbudowanie zamku z piasku na plaży, opychanie się goframi i innymi smakołykami (ChocoKebab - jeśli będziecie mieli okazję gdzieś spróbować to polecam, przepyszny!), spacery, zbieranie szyszek i karmienie kaczek na jeziorem (bo blisko są też 2 wielkie jeziora).

Na pewno będziemy wspominać pierwszy dzień pobytu, gdy w deszczu szliśmy zobaczyć morze (Maks po raz pierwszy w życiu!) i w drodze powrotnej nasz mały plażowicz szedł ubrany w kalosze, krótkie spodenki, mój sweter (który wyglądał na nim jak sukienka) i T-shirt Taty (w którym wyglądał jak duch), a za nim ja w płaszczu przeciwdeszczowym i Tata z gołą klatą ;) Potem wylądowaliśmy w pierwszej lepszej knajpie tylko po to, żeby trochę wyschnąć i się zagrzać, a w rezultacie zjedliśmy przepyszny obiad i pierogi ruskie takie jak u mamy. Będziemy wspominać pyszne jedzenie, a zwłaszcza świeże ryby w smażalni w porcie, gdy wokół szalał porywisty wiatr i wszystko fruwało, a my zajadaliśmy się najpyszniejszą rybą na świecie, a także spontaniczną wizytę w restauracji "Ewa Zaprasza" gdzie jako przystawkę dostaliśmy przepyszne i świeżutkie śledzie w śmietanie, które wprost rozpływały się w ustach. Jak się domyślacie, lubimy jeść ;)

Do kolekcji miłych wspomnień dołączę jeszcze spotkania z dwiema uroczymi rodzinami, które do tej pory znaliśmy prawie wyłącznie wirtualnie, a teraz spędziliśmy z nimi trochę czasu w Sasinie oraz w Słupsku i bardzo się polubiliśmy, nasze dzieci zresztą też.

I na koniec, trochę zdjęć z naszego spotkania z morzem:

Nacieszam się aksamitnym piaskiem na plaży - cudo!

I wydmy "pochłaniające" las - w drodze do latarni w Stilo:

A w latarni wystawa obrazów Aleksandra Skotarczaka - podobały mi się chyba wszystkie!

Czy coś nam się nie podobało podczas tych wakacji? Łeba jako taka nie do końca przypadła nam do gustu. Tzn. byłoby super, gdyby nie to, że główne dwa trakty prowadzące nad morze były ekstremalnie wypchane hałaśliwymi "atrakcjami" oraz bardzo, bardzo zatłoczone. Domyślam się, że wiele innych miejscowości turystycznych tak właśnie wygląda w sezonie, ale np. w Ustroniu Morskim kwestia atrakcji oraz dojścia do morza jest rozwiązana o wiele lepiej. W Łebie przedzieranie się za każdym razem przez ten tłum było nieco męczące.

12:01, berenika1000
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lipca 2015

Czy ja naprawdę nie mogę być "zwyczajnie" w ciąży? Tak bez dodatkowych atrakcji? Tak po prostu się cieszyć swoim stanem, trochę sapać pod koniec i wreszcie urodzić? Najwyraźniej nie mogę.

Trzy słowa, które dziś usunęły mi grunt spod nóg: łożysko centralnie przodujące.

Czuję się wprost doskonale, a mimo to jestem uziemiona i nie wolno mi właściwie wszystkiego, co wymaga wysiłku większego niż pójście do sklepu po bułki (i to pod warunkiem, że do najbliższego i powoli).

Wygląda na to, że będę mieć teraz więcej czasu na blogowanie...

Całe szczęście, że zdążyliśmy jeszcze pojechać na wakacje. A było wspaniale i o tym w następnym wpisie.

16:02, berenika1000
Link Komentarze (9) »
niedziela, 28 czerwca 2015

Pierwszą trudną część ciąży mam już za sobą, mam nadzieję, że przez najbliższe kilka miesięcy będzie już tylko lepiej.

Co przyniósł mi I trymestr? Objawy ciążowe identyczne jak w pierwszej ciąży: najpierw utrata apetytu na słodycze (u mnie zupełnie niebywała), bolesność piersi, a potem mdłości, mdłości i jeszcze raz mdłości... Wstrętne, wredne, całodobowe i budzące mnie nawet w nocy. Plamienia, tabletki na podtrzymanie, odklejenie kosmówki. Biust i brzuch rosnący w tempie, które uniemożliwiło ukrywanie mojego stanu już w okolicach 2 miesiąca. Radość Męża. Mój niepokój. Radość Maksa. Pozytywne reakcje otoczenia. Niepokój rodziców.

Skończyłam 3 miesiąc z bilansem 1,5 kilograma na plusie i biustem większym o co najmniej 2 rozmiary. Teraz brzuch mam wrażenie przystopował i nawet nie wygląda jeszcze na ciążowy, ale i tak od dawna nie mieszczę się w zwykłe spodnie i musiałam szybko uzupełnić garderobę. Wszystkie dolegliwości minęły około 11 tygodnia ciąży (co mnie wtedy nieźle wystraszyło) i od tamtej pory czuję się bardzo dobrze. Muszę tylko dawać sobie czas na odpoczynek i poleżeć w ciągu dnia choć pół godziny, bo w przeciwnym razie boli mnie brzuch. Poza tym zupełnie nic mi nie doskwiera. Spokojnie czekam na pierwsze kopniaki.

***

Na koniec kawałek wpisu, który miałam przygotowany miesiąc temu, ale wahałam się przed publikacją - i chyba dobrze, dziś większość z jego treści jest nieaktualna. Ale ten kawałek chciałabym zachować, jest dla mnie ważny, choć wraz z pojawieniem się dobrego samopoczucia, początkowe zmartwienia o stan zdrowia dziecka minęły.

Nieustannie się martwię. Na początku, gdy zaczęłam plamić. Potem przed pierwszą wizytą u lekarza i przed usg - czy będzie serduszko? Teraz z każdą tabletką Duphastonu - czy plamienia się nie powtórzą? Czy dziecko będzie zdrowe? I czy nie powtórzy nam się ta zła historia na koniec... powtarzam sobie jak mantrę, że tym razem będę mądrzejsza, że będę ufać sobie i swoim przeczuciom, że nie pozwolę się zbywać lekarzom, gdy będę czuła, że coś jest nie tak. Czy dam radę? Jaką będę matką? Jaką będę matką dwójki? Podwójnie niewyspaną, podwójnie mało cierpliwą...? Czy będę umiała poświęcić każdemu z dzieci tyle uwagi, ile będzie potrzebowało? Kocham Maksa nad życie - czy będę umiała tą miłość podzielić na pół, a jednocześnie niczego mu nie zabrać? Tyle zmartwień, a to przecież dopiero początek. Czy za pierwszym razem też tak bardzo się przejmowałam? Nie pamiętam.

10:52, berenika1000
Link Komentarze (7) »
sobota, 13 czerwca 2015

Noszę twe serce z sobą (noszę je w moim
sercu) nigdy się z nim nie rozstaję (gdzie idę
ty idziesz ze mną; cokolwiek robię samotnie
jest twoim dziełem, kochanie)


i nie znam lęku

przed losem (ty jesteś moim losem) nie pragnę
piękniejszych światów (ty jesteś mój świat prawdziwy)
ty jesteś tym co księżyc od dawien dawna znaczył
tobą jest co słońce kiedykolwiek zaśpiewa

oto jest tajemnica której nie dzielę z nikim
(korzeń korzenia zalążek pierwszy zalążka
niebo nieba nad drzewem co zwie się życiem; i rośnie
wyżej niż dusza zapragnie i umysł zdoła zataić)
cud co gwiazdy prowadzi po udzielnych orbitach

noszę twe serce z sobą (noszę je w moim sercu)


(E.E. Cummings "Noszę twe serce z sobą")

Tagi: poezja
20:54, berenika1000
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 maja 2015

Kto pierwszy odkryje, co się u nas (na blogu) zmieniło? :)

17:59, berenika1000
Link Komentarze (10) »
wtorek, 19 maja 2015

Dziś o odkryciu sprzed kilku miesięcy, a mianowicie o grach planszowych :) Wszystko zaczęło się od odnalezienia w czeluściach szafy gier z dzieciństwa Dużego Skowronka. Pomyśleliśmy, że może to już ten moment, żeby spróbować, a gra "Kostka niespodzianka" wydawała się dobra na początek. Prosta plansza z obrazkami zwierząt i taka sama kostka, dzięki czemu nie trzeba nawet liczyć. Zasady mniej więcej jak w "Chińczyku". Maks załapał od razu i był zachwycony.

Oprócz tego wśród "wykopalisk" znaleźliśmy jeszcze taki zestaw:

Korzystamy tylko z gry o Czerwonym Kapturku, reszta jest zbyt skomplikowana. A Czerwony Kapturek jest typową planszówką - ze zwykłą kostką, bardzo długą drogą do celu oraz polami specjalnymi, na których można coś zyskać lub stracić, opisanymi w fajnej formie, np. "Czerwony Kapturek zajął się zbieraniem kwiatków dla babci - czekasz jedną kolejkę".

Gra firmy Trefl "Lody/Ciasteczka" nie jest typową grą planszową, ale też bardzo ją lubimy. Wolimy wersję z ciasteczkami :) Wybierasz swoje ciastko i potem z rozrzuconych składników musisz wyszukać te, których potrzebujesz, by je upiec. Trochę z elementami "Memo", trochę też ze zmysłem taktycznym (możesz zarobić więcej punktów, jeśli nieco zaryzykujesz). Z tym ostatnim jednak Maks ma na razie problem ;)

I nasz absolutny hit, gra która w którą grała już chyba cała bliższa i dalsza rodzina i wszystkim się podobała :) "Uciekające Świnki" to z jednej strony typowa planszówka, w której musisz dotrzeć z punktu A do punktu B (do korytka :D), a z drugiej niezła frajda, bo pośrodku planszy stoi wilk w traktorze i jak wyrzucisz odpowiednie pole na kostce, to możesz strzelać do przeciwników kostkami słomy :D Trafiony przeciwnik ląduje w błocie :D I tu muszę mojemu synowi przyznać, że... strzela lepiej ode mnie.

Jeszcze jedną zaletą tej gry są przeurocze postacie świnek. W ogóle gra jest bardzo ładna wizualnie i solidnie wykonana.

A na koniec klasyk, gra "Zgadnij kto?" Prezent, wiekowo trochę na wyrost i o ile nie zawsze się zgadzam z oznaczeniami wiekowymi, o tyle tu rzeczywiście lepiej poradzi sobie sześciolatek (albo chociaż 5) niż czterolatek. Choć i czterolatek jakoś sobie radzi ;) Mamy wersję typową chłopięcą z "Auta 2", Maks jednak nie jest jakimś wielkim fanem tej bajki, stąd też nie zna postaci, a czasem byłoby to przydatne. Na szczęście znalazłam na Allegro dodatkowe plansze (robione metodą raczej chałupniczą) z innych bajek i mamy teraz zapasową wersję z.... kucykami My Little Pony :) Tam radzimy sobie oboje lepiej i łatwiej jest wyróżnić różne cechy postaci. Ogólnie mnie się ta gra podoba, Małemu Skowronkowi w miarę, ale bez zachwytu.

sobota, 09 maja 2015

Dziś na tapecie pokój Małego Skowronka. Uwierzcie mi na słowo, że to jest PORZĄDEK ;)

Nie widać tego dobrze, ale na tej białej ścianie Maks przyczepia różne ważne dla niego rzeczy. Jest tam zdjęcie jego grupy z przedszkola, zdjęcie jego Taty z dzieciństwa, autoportret cioci Marty z psem itp. Rozczula mnie to za każdym razem. Tylko, że zaczyna brakować miejsca ;)

Urodzinowe serduszka, które co roku dostaje od ukochanej siostry ciotecznej :)

Fragment, który podoba mi się najbardziej!

I nowy nabytek, smok strażnik ;) Maks od dłuższego czasu fascynuje się dinozaurami i smokami, a ten był wyjątkowo sympatyczny :)

Tagi: mieszkanie
09:40, berenika1000
Link Komentarze (3) »
niedziela, 05 kwietnia 2015

Kiedyś myślałam, że Maks nigdy nie nauczy się sam zasypiać. Oczywiście nie serio NIGDY, ale nie było na to perspektyw.

Historia jego zasypiania jest w ogóle długa i zawiła: na początku jak większość noworodków usypiał przy piersi, gdy zaczęły się kolki zaczął (za)sypiać na którymś z nas "brzuchem do brzucha" i ta metoda usypiania tak mu się spodobała (zresztą mi też), że usypiał w ten sposób do około 7-8 miesiąca życia. Wtedy był już na tyle duży i ciężki, że odkładanie go z tej pozycji zaczęło się robić kłopotliwe, więc szukaliśmy innych sposobów.

Długo usypiał po prostu obok nas w naszym łóżku, a my odkładaliśmy go wtedy do łóżeczka. Potem nauczył się zasypiać w łóżeczku, ale nigdy sam, tzn. zawsze ktoś był w pokoju. Zresztą to zwykle nie był problem, bo i tak był to jedyny pokój, który był "nasz" (mieszkaliśmy przecież z moimi rodzicami), więc i tak zwykle tam spędzaliśmy wieczór. Często wyglądało to wręcz tak, że Maks kładł się w łóżeczku i usypiał w czasie, gdy my oglądaliśmy wieczorny film w tym samym pokoju. Nadal jednak nie sam.

Mniej więcej na tym etapie większość moich koleżanek - mam dzieci w podobnym lub młodszym wieku - podjęło naukę samodzielnego zasypiania. Był to burzliwy temat, bo ile matek tyle metod. Z większością tych metod się nie zgadzałam, a nie należałam do tych szczęśliwców, których dzieci były nauczone samodzielnego zasypiania od urodzenia, więc nie przyłączyłam się do tego trendu. Większości z tych koleżanek się udało, tą czy inną metodą. Może nawet wszystkim? Nie śledziłam tego tak dokładnie. Czasem żałowałam, że nie mogę pocałować Małego Skowronka na dobranoc, otulić kołdrą i wyjść. Ale tylko czasem, bo na co dzień tak naprawdę nie komplikowało mi to życia aż tak bardzo.

W tym miejscu muszę nadmienić, że mimo spania z nami w jednym pokoju, Maks spał głównie w swoim łóżeczku i "wędrówki ludów" urządzał tylko w okresie, gdy był chory (często był to pierwszy objaw) i byliśmy w stanie to znieść, choć łóżko mieliśmy stanowczo za wąskie dla całej trójki ;)

Prawdziwy problem zaczął się po przeprowadzce. Maks dostał nowe "dorosłe" łóżko i własny pokój, w którym miał spać SAM. Od listopada do połowy marca w całości przespał tam jednak tylko dwie noce. Pierwszą i potem jakąś jedną około lutego. Poza tym: gehenna. Nocne wędrówki, pięć miliardów metod usypiania, które miały sprawić, że prześpi spokojnie całą noc U SIEBIE. Nic nie pomagało. Paradoksalnie, gdzieś pod koniec tej całej historii, nauczył się sam zasypiać. Właśnie teraz jest ten czas, kiedy mogę zgasić światło, ucałować go na dobranoc i wyjść. Nawet zamykając drzwi! Jak z odpieluchowaniem - po prostu do tego dorósł. Nie musiałam go tego UCZYĆ i cieszę się z tego. Że nie dałam się namówić na wariactwo zostawiania płaczącego dziecka w łóżeczku "bo się nie nauczy". Ma 4 lata i zasypia sam. Myślę, że w samą porę.

A co z przesypianiem nocy? Trwało to tak długo, że wymyśliliśmy sobie taki scenariusz: 18-letni Maks przyprowadza sobie dziewczynę na noc i w efekcie śpimy razem we czwórkę, bo on przecież nadal śpi z nami ;) Szczęśliwie teraz mamy szersze łóżko...

Wypróbowaliśmy wszystkie pomysły, jakie przyszły nam do głowy. Pomogła... zmiana pościeli. Na początku spał w takiej "chłodnej", bo i tak zawsze mu gorąco i stale się odkrywa. Ja z kolei uwielbiam pościel flanelową, ciepłą. Po zmianie na taką Maks zaczął sypiać (w 95%) u siebie :) Może nie jest "w Elmery", ale widocznie jest mu w niej lepiej. Całe szczęście, bo ostatnim pomysłem była wymiana całego łóżka...

19:53, berenika1000
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 marca 2015

Tyle rzeczy mi umyka... Tyle chciałabym zapisać, a nie mam czasu/weny. Urywki, pojedyncze myśli i emocje trudne do opisania.

Bo jak opisać to, że Mały Skowronek przez 3 dni przed-w trakcie-i po swoich urodzinach nie odstępował mnie na krok, przytulał się non stop i wpychał mi się na kolana gdy tylko usiadłam, a mnie serce rosło z miłości i interpretowałam to jako odzwierciedlenie tego, jak 4 lata wcześniej naprawdę był "częścią mnie"?

Jak opisać uczucie, gdy 4-latek pyta:

- Mamo a wiesz, dlaczego tak Cię bardzo kocham? Zgadnij!

- Dlatego że jestem Twoją jedyną mamą na świecie?

- Nie, dlatego Cię nie kocham.

- Jak to mnie nie kochasz?

- Dlatego Cię kocham, ale tak mało, a nie tak bardzo.

- No to może bardzo mnie kochasz dlatego, że tak dobrze gotuję?

- Nie.

- A może dlatego że Cię tak dużo przytulam?

- Taaaaaaak! Brawoooo!

11:44, berenika1000
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55