| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31


Lilypie Kids Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Lubię czytać








Kategorie: Wszystkie | szpital
RSS
piątek, 16 października 2015

Minęło 1,5 tygodnia diety i muszę przyznać, że dostrzegam też pewne jej zalety, więc żeby nie było, że pogrążam się w otchłani rozpaczy z jej powodu, to napiszę także i o nich :)

+ przestałam tyć :)

+ przestałam puchnąć (choć to akurat łatwo zniweczyć nawet minimalnym zwiększeniem dawki soli, o czym przekonałam się boleśnie, jedząc wczoraj frytki...)

+ nie miewam skoków energetycznych - o ile zwyżka energii nie stanowiła problemu, o tyle następujący po niej spadek już tak, bo baaardzo marzyłam o drzemce, a w 99% przypadków nie miałam na nią szans... teraz może nie tryskam energią, ale jej poziom utrzymuje się na równym poziomie przez cały dzień

+ poszerzam żywieniowe horyzonty, próbuję nowych produktów i nowych połączeń

+ jem więcej surowych warzyw i odkrywam na nowo, że je lubię

+ więcej piję, a to zawsze stanowiło dla mnie problem

+ odkryłam, że jogurt naturalny w połączeniu z owocami jest świetną alternatywą jogurtu owocowego, nauczyłam się też jeść serki wiejskie, ale też tylko i wyłącznie z owocami (wcześniej jakoś nie tolerowałam ich ziarnistej konsystencji)

+ jestem w o tyle dobrej sytuacji, że tak naprawdę niewiele rzeczy podnosi mi cukier ponad normę - mogę sobie pozwolić np. na kluski śląskie, gotowane ziemniaki czy frytki, podczas gdy są osoby, którym cukier skacze od samego patrzenia na ziemniaka ;)

Opanowałam już trochę kwestię częstotliwości posiłków, nie czuję się AŻ TAK przejedzona jak na początku, organizm najwyraźniej się przyzwyczaił, bo naprawdę po 2 godzinach zaczynam się robić głodna, jeśli przerwa przeciąga się do 3 godzin, to jestem już głodna jak wilk ;) Najbardziej fascynuje mnie jednak, iż mimo tego, że jem więcej, to wcale nie tyję. Waga zatrzymała się właściwie jeszcze przed rozpoczęciem diety i nie ruszyła od tamtej pory.

sobota, 10 października 2015

Do "wspaniałego" badania jakim jest krzywa cukrowa podchodziłam bardzo nieufnie, pewnie dlatego, że w ciąży z Maksem przysporzyła mi sporo stresów i miałam do niej aż 3 podejścia. A kto to badanie przechodził, ten wie, że do przyjemnych nie należy. Dla mnie na szczęście jest "tylko" nieprzyjemne, nigdy nie zdarzyły mi się przy tej okazji omdlenia ani wymioty, które jednak nie były rzadkością wśród moich koleżanek.

Wynik wyszedł wg starych norm nieco przekroczony, wg nowych dokładnie na granicy (89/174/153 - i to o te 153 całe zamieszanie), w związku z czym jednak ginekolog zdiagnozował cukrzycę ciążową i wysłał mnie do diabetologa. Tam dostałam glukometr, przykaz pomiarów cukru 4 razy dziennie (na czczo i po 3 głównych posiłkach), sporo materiałów na temat odżywiania i mnóstwo dobrych rad. Kontrola za miesiąc, ewentualnie wcześniej, gdyby wyniki były złe. Póki co są bardzo dobre (ale to dopiero 3 dzień), przekroczyłam normę tylko raz i było to pierwszego wieczoru, gdy jeszcze nie byłam odpowiednio zaopatrzona i zjadłam "zakazany" pszenny chleb.

Nie jest łatwo, bo to pierwsza dieta w moim życiu. Serio, serio. Ja raczej z tych, co to nie odmawiają sobie niczego, przyjmuję założenie, że życie jest za krótkie, by rezygnować z przyjemności jaką daje jedzenie tego, co się lubi. A teraz NIE MOGĘ. Nie mogę jeść słodyczy (ok, powtarzając sobie "jeszcze tylko 12 tygodni, jeszcze tylko 12 tygodni..." jakoś bym to przeżyła), nie powinnam jeść większości rzeczy które lubię (pierogi, kluski, wszystko na pszennej mące). Największym jednak zabójstwem jest dla mnie zmiana nawyków śniadaniowych. Otóż nie mogę jeść na śniadanie nabiału. Na drugie śniadanie też. Mogę sobie to radośnie rekompensować popołudniami, ale dla mnie to żadne rozwiązanie - całe życie jem nabiał na śniadanie. Owsianka na mleku, jogurty owocowe, tysiąc odmian placuszków i racuszków, które też mają w swoim składzie mleko albo serek. Trzy dni, a ja chodzę sfrustrowana i zła na cały świat, bo na śniadanie jem KANAPKI. A potem jeszcze np. na kolację. Tym samym jem więcej chleba (razowego) na dobę niż kiedykolwiek w swoim życiu. Do tego dochodzi częstotliwość posiłków (musiałam dołożyć 1 więcej niż normalnie) i tym sposobem czuję się ciągle pełna (czego nie znoszę). Wiem, że to kwestia nieumiejętności odpowiedniego komponowania posiłków z tego, co mi wolno - zamiast tego, co zwykle jadałam w ramach przekąsek, jem... oczywiście kanapkę. Mam nadzieję, że w końcu to jakoś ogarnę, dopracuję i odkryję inne możliwości. I przerzucę się na popołudniowe jedzenie jogurtów...

W najgorszym razie będę sfrustrowana do końca ciąży. Tzn. nie - w najgorszym razie mogłabym się zmagać z tym problemem jeszcze po ciąży, ale w ogóle nie biorę tej opcji pod uwagę. Nie ma mowy!

poniedziałek, 21 września 2015

Maks: Jedziemy jeszcze gdzieś?

Ja: Nie.

M: Czyli do domu?

J: Tak.

M: Ale przecież dom to też jest gdzieś.

***

Siedzimy w domu i chorujemy, godzina 11:00, Maks w pidżamie.

J: Synu czy ty wiesz która jest godzina?

M: Nie.

J: Ubierz się, jest już strasznie późno!

M: Ale skoro jest późno, to czemu nie idziemy spać?

J: ... .... ....

J: Czy ty nie jesteś czasami za mądry?

M: Nie czasami tylko cały czas! :)

12:04, berenika1000
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 września 2015

Mniej więcej do 20 tygodnia czułam się super, zaraz za połową miałam wielki spadek formy (proporcjonalnie szybki do wzrostu wagi...), teraz znów jest lepiej i oprócz ograniczeń, które nakładają na mnie nowe gabaryty, czuję się super. Puchnę nieustannie, ale też bez dramatycznych zmian w tym zakresie, po prostu jestem umiarkowanie spuchnięta non stop. Na szczęście ciśnienie mam piękne i właściwie nie pamiętam, żeby było równie niskie od czasów sprzed pierwszej ciąży (ostatnio w domu stale 110/70, u lekarza wyższe, może syndrom białego fartucha?). Jutro wizyta u lekarza. Mam silne postanowienie porozmawiać z nim w końcu o cesarskim cięciu...

Bez żadnych wątpliwości nasz drugi potomek będzie chłopcem (a nie, przepraszam, wątpliwości są - mojej siostrze śniło się ostatnio, że urodziłam dziewczynkę, poza tym parę osób nadal po cichu liczy, że będzie niespodzianka ;)) i będzie miał na imię Michał. Imię spośród naszych propozycji wybrał starszy brat i była to szybka decyzja. Od tamtej pory mówi o braciszku tylko i wyłącznie "Michałek". Nie macie pojęcia, do jakiego stopnia Michałek jest już w naszym życiu obecny. Maks w każdym razie wlicza go już do składu rodziny i na rodzinne wycieczki jeździmy we czwórkę :) Teraz mam jeszcze tylko zagwozdkę z drugim imieniem, bo pomysłów jest kilka.

Do kwestii przygotowań staram się podchodzić na luzie, za wyjątkiem dwóch kwestii. Pierwsza - torba do szpitala (bez rzeczy typowo "porodowych") stoi przygotowana od 7 czy 8 tygodnia ciąży, na wszelki wypadek. Cieszę się niezmiernie, że ten "wypadek" się jak dotąd nie wydarzył. Druga - wózek. Ten, którego używaliśmy przy Maksie stoi co prawda na strychu u moich rodziców, ale oboje z Mężem zgodnie stwierdziliśmy, że drugi raz (hmm ja to właściwie czwarty, bo woziłam w nim jeszcze przed Maksem dwójkę dzieci) się z tym czołgiem męczyć nie będziemy. Wspaniały, solidny, duży - tak, bez skrętnych kół - NIE. Prowadzenie go było sporym wyzwaniem, prowadzenie go w sytuacji, gdy czasem musiałabym jeszcze trzymać za rękę Maksa - mission impossible. W związku z tym zdecydowaliśmy się na zakup jakiegoś wygodniejszego wózka typu 2w1, używanego. Wybieranie czegokolwiek, zwłaszcza jeśli jest to coś ważnego, jest dla mnie drogą przez mękę. Dlatego odczułam niesamowitą ulgę, gdy kilka dni temu zakończyliśmy tę wielotygodniową męczarnię zakupem używanego Tako Lungo 2w1. Jest piękny, zwrotny, w świetnym stanie i w kolorystyce, która mi się podoba. Kolor okazał się zresztą największym problemem, bo Maksowi spodobał się inny wózek, który był... a jakże, czerwony. Ponieważ jednak to ja będę spędzać z tym wózkiem najwięcej czasu, byłam nieugięta ;) Maks na pocieszenie dostał 2 gałki lodów z Grycana i dzięki nim łatwiej przełknął gorycz porażki.

Plan na resztę czasu oczekiwania już jest. Na przełomie września i października zakupy w IKEI, małe przemeblowanie i przed końcem października komoda będzie już pełna wypranych i wyprasowanych (chyba ten jedyny raz... nie jestem fanką prasowania) ubranek w rozmiarze 56 i 62 :) Potem już tylko drobiazgi w postaci kosmetyków czy pieluch, które można załatwić w każdej chwili. I czekamy :)

10:44, berenika1000
Link Komentarze (11) »
środa, 02 września 2015

Mało o tym naszym czterolatku ostatnio. W zasadzie już 4,5-latku od wczoraj! Czas leci, a nasz chłopak (mam nadzieję, że Bałtroczyk dostaje czkawki za każdym razem, gdy zwracam się do własnego syna per "chłopaku" - straszne zboczenie, zakorzenione sto lat temu, teraz wylazło na wierzch ;)) rośnie jak na drożdżach, mierzy już jakieś 110 cm i ma taaaaaakie długie nogi! No szokują mnie te nogi ilekroć je widzę! Dobrze, że nasze łóżko ma 160 cm szerokości, więc jak ostatnio spał ze mną i rozłożył się w poprzek, to i tak pół metra mi jeszcze zostało ;)

Po wakacjach spędził 2 tygodnie na dyżurze w swoim przedszkolu, później w sierpniu 3 tygodnie w innym przedszkolu (tu były pewne obawy, ale zaaklimatyzował się bez problemu), a na koniec tydzień u babci na wsi, gdzie karmił kury, króliki, pasł gęsi, dokarmiał bezdomnego kota o imieniu Lucjan i ukryty pod indiańskim imieniem Wielki Czerwony Smok vel Śmierdząca Stopa tańczył taniec deszczu (bez skutku) i piekł kiełbasę na patyku nad ogniskiem w towarzystwie ciotecznego rodzeństwa. Przy odbieraniu od dziadków stanowczo zażądał zawiezienia do drugiej babci na tydzień, żeby było sprawiedliwie ;) Musiał jednak zadowolić się jednym dniem, bo zaraz potem zaczynał się nowy rok (przed)szkolny.

Najpierw jednak odwiedziliśmy jeszcze neurologa (wizyta na którą zapisaliśmy się w grudniu, hurra...), u którego spędziliśmy 3h w poczekalni (w tym czasie przyjęto 3 pacjentów), a następnie nie dowiedzieliśmy się nic nowego. No może nie do końca - dostaliśmy skierowanie do logopedy, co mnie dość mocno zaskoczyło. Być może jak już tam dotrzemy, to dowiemy się więcej, bo na razie wiemy, że Maks ma podobno wysoko sklepione ("gotyckie") podniebienie, a z uwagi na budowę jego czaszki i szczęki prawdopodobnie czeka go w przyszłości bliższa znajomość z ortodontą. Ogólnie jednak jeśli chodzi o jego problemy ruchowe to "tylko" obniżone napięcie mięśniowe bez jakiegoś głębszego podłoża. Nie spodziewałam się usłyszeć niczego innego, więc się cieszę.

Poza tym przechodzimy chyba rozłożony w czasie bunt czterolatka, mnóstwo sytuacji, gdzie jest "nie bo nie", albo wręcz "nie bo rodzice powiedzieli że tak", mnóstwo "przynieś mi bo ja sam nie pójdę", mnóstwo cofania się w rozwoju z rzeczami, które już robił, umiał i chciał, a teraz nagle już nie umie, nie robi i nie chce. Bo nie. Ośli upór i czasem takie zapamiętanie w tym uporze, że choćby łzy lały się strumieniami, to nie i już. Ciężko. Staram się przeczekać, tłumaczyć jak już ochłonie, ale w trakcie nie jest łatwo, a ciążowe hormony też nie pomagają. Poza tym jest nieustanne "mamo, mamo, mamo", nawet gdy to Tata jest bardziej "pod ręką", co mnie, oprócz "jojczenia" bez sensu, irytuje najbardziej na świecie. Wiem, że to może wynikać z tego, że walczy o moją uwagę, bo czuje, że ją częściowo traci na rzecz kogoś, kogo noszę w brzuchu, ale naprawdę jak słyszę 60 raz w ciągu 2 godzin "mamooooo" to dostaję szewskiej pasji.

A potem przychodzi dzień, gdy głaszcze mnie po ręce, całuje w czoło, mówi "śpij sobie mamusiu", gdy idę odpocząć po obiedzie... Gdy chce koniecznie zabrać od dziadka klapki, z których już wyrósł, bo "będą dla Michałka". Gdy ni stąd, ni zowąd stwierdza przy obiedzie: "jak będę miał kiedyś żonę, to będę za nią wszystko robił, żeby nie musiała się męczyć".

I przychodzi dzień, gdy odstawiam go na tydzień do babci i w drodze powrotnej płaczę, bo już tęsknię, a potem przez tydzień nie robię nic z tego, co sobie zaplanowałam, bo tęsknię, a nie jestem do tego przyzwyczajona. Dobrze, że już jest z powrotem...

środa, 26 sierpnia 2015

Za nami już 5 miesięcy, jest "z górki". To dobrze, bo pod górkę zaczyna mi być odczuwalnie trudniej ;) Na plusie tylko (?) 5 kg, czyli tyle samo, co na tym samym etapie z Maksem, choć brzuch mocno nadgonił i jest większy niż wtedy.

Tagi: brzuszek
16:51, berenika1000
Link Komentarze (5) »
czwartek, 20 sierpnia 2015

Obrzęki.

W 5 miesiącu.

Łzy, dużo łez. Cóż, zawsze to jakiś sposób na pozbycie się nadmiaru wody i soli z organizmu, prawda? Może akurat pomoże...

10:54, berenika1000
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 sierpnia 2015

...oto Miś ;)

20:11, berenika1000
Link Komentarze (7) »
czwartek, 06 sierpnia 2015

Wizyty były właściwie dwie. Ze względu na to, że do mojego lekarza chodzę na NFZ, a bardzo chciałam przepisać się do innej lekarki, ale akurat nie mogłam się zapisać na NFZ, tylko musiałam iść prywatnie - poszłam po prostu do obojga. Co do przepisywania się, kwestia pozostaje otwarta, możliwe, że będę dalej chodzić po prostu do obojga... Mniejsza o to. Wieści powizytowe sprowadzają się do tego, że:

- łożysko już nie jest przodujące centralnie tylko brzeżnie - czyli jest lepiej, ale jeszcze nie super; przesunąć się może, ale nie musi; zalecenia odnośnie oszczędzania się pozostają bez zmian;

- przestałam przybierać na wadze, zatrzymałam się od poprzedniej wizyty na +3kg, jakoś bardzo mnie to nie martwi, lekarz też nic na ten temat nie powiedział, za to położna zasugerowała, że przestałam jeść :/

- maluch ma się dobrze, wymiarowo jest idealny dla swojego wieku, waży 280 g, serduszko bije 150 na minutę, kopie i uprawia jogę, tzn. jest tak poskładany w brzuchu, że aż mu zazdroszczę elastyczności ;)

Właściwie wszystkiego, czego dowiedziałam się na temat kondycji dziecka, dowiedziałam się na drugiej - prywatnej - wizycie. Lekarka jest super, bardzo miła, odpowiada cierpliwie na wszystkie pytania, zrobiła mi bardzo dokładne usg podczas którego pomierzyła wszystko, co się dało, pozwoliła mi posłuchać serduszka oraz wytrwale szukała potwierdzenia płci dziecka, co jednak się ostatecznie nie udało. Ma bardzo dobry sprzęt do badań usg, widziałam wszystko ze szczegółami - u mojego lekarza prowadzącego nie widać prawie nic, zresztą on nawet nie pozwala mi za bardzo popatrzeć, o wydrukowaniu dla mnie choć jednego zdjęcia nie wspomnę... Z tego powodu gdy zobaczyłam malucha na ekranie u drugiej lekarki, w momencie się popłakałam - bo tak naprawdę widziałam go pierwszy raz. Obejrzałam te małe paluszki, stópki, widziałam nawet buzię (tak, będziemy mieć kolejne śliczne dziecko ;)). Dostałam parę zdjęć dla Męża ;)

To również ta lekarka uspokoiła mnie, że dziecku niczego nie brakuje, wytłumaczyła, że moje wyniki nie oznaczają jeszcze anemii, więc nie muszę brać żelaza, wyjaśniła, jakie badania czekają mnie w najbliższym czasie. Zainteresowała się, czy planujemy badania prenatalne (tak - 10 sierpnia, idziemy razem, żeby Mąż mógł też podejrzeć malucha). I, co chyba najważniejsze, uspokoiła mnie w kwestii zatrucia ciążowego, a mianowicie stwierdziła, że nawet jeśli będzie mi dane przechodzić je drugi raz, to najgorsze jest za pierwszym razem, więc teraz nie powinno być aż tak tragicznie.

Od czasu tej wizyty jestem 100 razy spokojniejsza. Czuję się bardzo dobrze, maluch też jakby bardziej kopie, co mnie dodatkowo uspokaja. Jeśli w poniedziałek również usłyszymy dobre wieści, to będzie dla mnie pełnia szczęścia.

10:55, berenika1000
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Początkiem roku wykluło się gdzieś "wyzwanie" czytelnicze z gatunku "nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki", a mianowicie PRZECZYTAM 52 KSIĄŻKI W 2015 ROKU. W 2014 r. załatwiłabym sprawę niemalże samą "Sagą o Ludziach Lodu" ;) Jak nietrudno się domyślić, liczba książek z założenia oznacza jedną książkę tygodniowo przez cały rok. Mnie w tym roku przeczytanie 52 sztuk (a więc statystycznie wyrobienie normy za dość liczną grupę obywateli tego kraju?) zajęło 7 miesięcy. I oto są:

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55