| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31


Lilypie Kids Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Lubię czytać








Kategorie: Wszystkie | szpital
RSS
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ostatecznie stanęło na 87 książkach w 2015 roku :) Jestem zadowolona z bilansu, w 2016 na pewno będzie dużo gorzej.

12:21, berenika1000
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 stycznia 2016

W poniedziałek 4 stycznia 2016 r. o godzinie 8:40 drogą cesarskiego cięcia przyszedł na świat nasz drugi syn, Michał.

3780 g, 58 cm, 10/10 punktów w skali Apgar.

Od wczoraj jesteśmy już w domu :)

19:21, berenika1000
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Bardzo dawno nie było żadnego przeglądu, więc ten obejmuje filmy obejrzane chyba na przestrzeni tego roku ;) Oczywiście tylko te, o których warto wspomnieć, bo były tak dobre albo tak złe...

"Ida" (2013) - tak, ja też obejrzałam ją dlatego, że dostała Oscara. Obejrzałam, złe to nie było, ale nie mam pojęcia, za co ta nagroda. Tyle.

"Czarownica" (2014) - genialny film z główną rolą napisaną chyba od razu z myślą o Angelinie Jolie. Wariacja na temat baśni o Śpiącej Królewnie. Ciekawa historia, pięknie zrealizowana, mistrzowsko zagrana. Polecam bardzo gorąco.

"Świat w płomieniach" (2013) - kawałek bardzo dobrego kina akcji. Jak ktoś lubi to warto. I Channing Tatum w roli głównej :)

"Wyścig z czasem" (2011) - bardzo ciekawa wizja przyszłości, w której ludzie żyją normalnie do 25 urodzin, a następnie dzieją się 2 rzeczy: przestają się starzeć, a jednocześnie ich czas życia staje się ograniczony. W dniu 25 urodzin każdy dostaje już tylko rok czasu. Ale czas to (dosłownie) pieniądz. Mogą więc zarobić go więcej, mogą go otrzymać w podarunku, ale mogą go też stracić, przegrać lub wydać. Bogaci mogą żyć wiecznie. Strasznie trudno było mi się przestawić na takie pojmowanie czasu podczas oglądania filmu, ale przyznaję, że ostatecznie okazał się bardzo ciekawy. W roli głównej Justin Timberlake.

"Loft" (2014) - dobrze zapowiadający się thriller, który okazał się tylko stratą czasu. Grupa przyjaciół wynajmuje wspólnie mieszkanie, które służy im za miejsce schadzek z kochankami. Wszystko układa się świetnie do czasu, aż jeden z nich znajduje tam martwą kobietę - wspólnie próbują dociec, który z nich jest mordercą. Mogło być ciekawie, wyszło beznadziejnie. Nie polecam.

"Igrzyska śmierci: Kosogłos. Cz. 1 i 2" (2014 i 2015) - o poprzednich 2 częściach pisałam tutaj, na wszystkich byliśmy w kinie. Pierwsza część "Kosogłosa" (czyli 3 w kolejności część "Igrzysk") mnie rozczarowała, bo nie było w niej nawet odrobiny tego, co podobało mi się najbardziej w 2 pierwszych częściach (czyli elementu gry), więc na drugą część szłam raczej dla zasady - żeby obejrzeć serię do końca. Na szczęście film miło mnie zaskoczył, był naprawdę bardzo dobry. Może po prostu nie należało rozbijać tej części na 2 połowy, tylko zrobić z tego jedną dobrą całość?

"Magic Mike XXL" (2015) - czyli druga część niezłego "Magic Mike'a" o którym pisałam wcześniej. Nie spodziewałam się po nim cudów, ale liczyłam przynajmniej na równie przyjemne doświadczenia estetyczne jak w przypadku 1 części. Niestety film okazał się pozbawioną polotu komedią, a sceny tańca i striptizu były nieciekawe i ordynarne. Tym razem filmu nie uratował nawet Channing Tatum.

"Step Up 4 Revolution" (2012) - lubię filmy typu "Step up" i inne związane z tańcem (za to nie znoszę musicali ;)). Wydaje mi się, że jeśli chodzi o tę serię to widziałam wszystkie części, ale ta to rzeczywiście "rewolucja". Świetny pomysł na scenariusz i bardzo widowiskowe sceny tańca. Czy właściwie można to nazwać jeszcze "tańcem"? To dużo więcej :) Najlepsza część, zdecydowanie!

"Niepokój" (2007) - bardzo dobry thriller, w roli głównej Shia LeBeouf, którego lubię. Nastolatek odbywa areszt domowy i z nudów zaczyna podglądać sąsiadów przez lornetkę. Zaczyna podejrzewać, że jeden z nich popełnił zbrodnię, jednak bez wychodzenia z domu trudno jest mu to udowodnić.

"Służące" (2011) - świetny film o pracy czarnoskórych służących w Ameryce lat 60-tych XX wieku. Poważny temat segregacji rasowej, a jednocześnie duża dawka humoru. Bardzo dobrze się oglądało.

"La Cara oculta" (2011) - jeden z lepszych thrillerów jakie widziałam. Dziewczyna chce sprawdzić reakcję swojego narzeczonego w sytuacji, gdyby go zostawiła. Oczywiście jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, los odwraca się przeciwko niej.

"Zaginiona dziewczyna" (2014) - nieco w podobnym klimacie jak film powyżej, thriller pełen ciekawych zwrotów akcji. Żona głównego bohatera znika w dniu rocznicy ślubu, a ponieważ ich małżeństwo przeżywało kryzys i mężczyzna kiepsko radzi sobie z sytuacją, szybko staje się głównym podejrzanym.

"Uprowadzona Alice Creed" (2009) - jeśli już mowa o zwrotach akcji, to tutaj dopiero można się zdziwić :) Film z gatunku takich, które bardzo lubię: 3 aktorów i około 4 pomieszczenia, forma ograniczona do minimum, a mimo to dużo treści. Kolejny thriller godny polecenia.

10:34, berenika1000
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 grudnia 2015

Dziś bardzo krótko, bo zaraz ruszamy dalej w świąteczną drogę.

Michał posłuchał matki i pozwolił jej jeszcze najeść się w Święta w spokoju. Tzn. we względnym spokoju, bo w wyniku świątecznego obżarstwa odstawia takie harce, że wczoraj wieczorem gdyby nie prysznic i piłka (chwała Ci za nią, Skowronkowy Mikołaju), to rozważyłabym poważnie wizytę na porodówce.

Dziś zaczynamy 40 tydzień ciąży. 40 i raczej rzeczywiście ostatni. We wtorek wizyta u lekarza i jeśli do tego czasu nic się nie wydarzy, wyjdę z gabinetu ze skierowaniem do szpitala. Co dokładnie mnie tam czeka i jaki jest plan, dowiem się pewnie dopiero na wizycie, natomiast jestem pewna, że plan ten zakłada, że do domu już w dwupaku nie wrócę. Mam tylko nadzieję, że nie będą chcieli przeciągać mojego pobytu na oddziale w nieskończoność i że najpóźniej w terminie (tj. 2.01) powitamy Michasia po drugiej stronie brzuszka.

Na myśl o rozstaniu z Maksem na dłużej niż zakładałam (tj. max. 3 dni) pęka mi serce.

10:41, berenika1000
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 grudnia 2015

Porodu ani widu, ani słychu, na szczęście krewni i znajomi mają w sobie tyle taktu, że nikt nie wydzwania z pytaniami "rodzisz??" A może są po prostu zajęci przygotowaniami do Świąt ;) Zdarza się jedynie, że ktoś dzwoniąc w innej sprawie zaczyna rozmowę od "Nie rodzisz?" - ciekawe czy gdybym powiedziała "a właśnie że rodzę" to powiedziałby "a to sorry, zadzwonię później" ;) Najbardziej ciekawskie są sąsiadki, zwłaszcza te z bloku rodziców, bo znają mnie od zawsze. Rozmowy z nimi zawsze zaczynają się od sakramentalnego "a ty się jeszcze kulasz?" albo "a ile to jeszcze?" A któż to wie ;)

Mam za sobą ostatnią już kontrolę u diabetologa, co z jednej strony niezmiernie mnie cieszy, a z drugiej działa trochę demotywująco jeśli chodzi o trzymanie diety. Oczywiście trzymam się jej nadal, ale też częściej pozwalam sobie na "grzeszki", bo już nie boję się, że ktoś zerknie do moich wyników i każe mi brać insulinę. Prawda jest jednak taka, że z grzeszkami czy bez, przekroczenia zdarzają mi się z podobną częstotliwością, więc nie ma tragedii. Teraz po prostu mniej się stresuję pomiarami.

Wizyty u ginekologa mam teraz już zaplanowane co tydzień, ze względu na cukrzycę pan dr chce mieć pod kontrolą stan łożyska, ilość wód itp. Póki co totalnie nic nie wskazuje na to, że mogłabym urodzić w najbliższym czasie, choć oczywiście tak naprawdę wcale nic nie musi na to wskazywać z jakimś konkretnym wyprzedzeniem ;) Ja jednak też nie czuję kompletnie żadnych oznak, nie mam nawet skurczy przepowiadających. Fakt, jest mi już odczuwalnie ciężej, chodzenie na dystanse dłuższe niż 200 m sprawia mi mega problem i bardzo łatwo się męczę, a wejście na drugie piętro po schodach to istny Mount Everest. No ale czego się spodziewać w 38 tygodniu ciąży i z 12 kg dodatkowego bagażu (już 12, bo odkąd poluzowałam z dietą, przybrałam całe szalone 1,5 kg ;)).

Myślę, że widać już po mnie i kilogramy, i zmęczenie, do tego nogi puchną mi dość konkretnie, ale i tak najbliżsi, którzy aż za dobrze pamiętają, jak wyglądałam pod koniec pierwszej ciąży, nieustannie podkreślają, o ile lepiej wyglądam niż wtedy. Fakt, wtedy ludzie mnie nie poznawali na ulicy, wyglądałam strasznie... W porównaniu z tym teraz jestem rączą łanią ;) Mąż nawet zrobił mi ostatnio kolejną sesję zdjęciową z brzuszkiem, a ja właściwie mam pomysł na jeszcze jedną - może zdążę? :) Chciałabym po ciąży być tak zadowolona ze swojego ciała, jak jestem teraz... Wtedy będzie jednak 100 razy trudniej.

Byłam jeszcze raz na konsultacji u mojej drugiej pani dr, chciałam żeby dokładnie Michałka pomierzyła. Tydzień temu, a więc pod koniec 37tc ważył już około 3300 g, co w perspektywie daje naprawdę spore gabaryty, jeśli posiedzi w brzuchu jeszcze z 2 tygodnie. No i ta jego głowa... wymiary na 40-41 tydzień. Znów pojawia się perspektywa cc, bo zwyczajnie z takimi wymiarami mogę nie dać rady urodzić go naturalnie. Jestem jednak spokojna po tej wizycie, nie boję się żadnej opcji, która nas czeka. Tak, o dziwo teraz jestem już spokojna.

Chciałabym tylko NIE rodzić w Święta, mimo wszystko. A jak damy radę "dociągnąć" do Nowego Roku, to już w ogóle super, mam jeszcze tyle do zrobienia ;) Ale przecież na porodzie świat się nie kończy, najwyżej zrobię to wszystko później ;) W każdym razie wszystko mam dopięte na ostatni guzik, jakby co to tylko torba w dłoń i jedziemy do szpitala.

***

Zapobiegliwie wszystko, co związane ze Świętami, w tym roku zrobiłam wcześniej. Prezenty kupiłam na przełomie listopada i grudnia, od tygodnia prawie wszystkie już czekają spakowane (Mówiłam Wam, że uwielbiam pakować prezenty? I w ogóle wszelkie paczki. Jestem w tym beznadziejna, ale sprawia mi to wielką frajdę :)). Choinkę ubraliśmy w zeszły weekend, mieszkanie też już prawie całkowicie przystrojone. Wszystko robię powoli i na spokojnie i nawet czuję się trochę bardziej świątecznie niż w poprzednich latach. Może właśnie dlatego, że nie ma tego pośpiechu?

Dziś jasełka w przedszkolu Maksa i właściwie to ostatnie wydarzenie, na które koniecznie chciałam jeszcze "zdążyć" przed porodem, bo gdybym np. była teraz w szpitalu, to raczej w ogóle nie wziąłby w nich udziału, a szkoda by było. Pierwszy raz ma rolę "mówioną" :)

Tagi: ciąża
13:34, berenika1000
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 grudnia 2015

Wczorajszy wieczór. Każdy z domowników akurat w innym pokoju, a w tv zaczyna się finał "Masterchefa", na który czekaliśmy.

Ja: Dziubku!

Maks: Co?

Ja: A to ty jesteś "Dziubku"?

Maks: Tato! Mama cię woła!

 

Uwielbiam go :D

***

I staroć sprzed roku, ale właśnie go odkopałam w czeluściach notatek:

Maks: Mamo a co to jest?

Ja: Opiekacz do tostów.

Maks: Ooo! I on się OPIEKUJE tostami??

14:49, berenika1000
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 grudnia 2015

Mały Skowronek oświadczył mi ostatnio, że jest zakochany. W Jance. I że Janka również jest w nim zakochana.

W sumie nie mam nic przeciwko. To koleżanka z przedszkola. Śliczna, urocza, wygląda jak mały elf. I nosi kozaczki, które wyglądają jak miniaturowe różowe glany.

Lubię Jankę. Może nie będę taką złą teściową.

:)

11:28, berenika1000
Link Komentarze (4) »
środa, 25 listopada 2015

Ktokolwiek ma ze mną jakiś kontakt przez FB, Instagram albo gdziekolwiek indziej w sieci, z pewnością już to zdjęcie widział. Co jednak nie powstrzyma mnie przed wrzuceniem go również tu :) A to dlatego, że jest to zdjęcie dla mnie szczególnie ważne. Właściwie od początku ciąży czekałam, żeby je zrobić.

Mamy takie cudowne zdjęcie z pierwszej ciąży - na blogu go nie było, bo nie pokazuję tu swojej twarzy. W każdym razie zdjęcie jest czarno-białe, w dość surowym klimacie, ale je uwielbiam i jest to moje absolutnie ulubione zdjęcie NAS. Miało znaleźć się na ścianie w naszej sypialni w formie foto-obrazu na płótnie, ale nie zdążyło, bo okazało się, że będzie nas więcej, więc... natychmiast wykluł się pomysł zrobienia drugiego zdjęcia. Takiego, które będzie pasowało do poprzedniego, ale z uwzględnieniem Maksa. Bardzo chciałam, żeby zdjęcie zrobiła ta sama pani fotograf i z tego powodu czekałam bardzo długo. Ostatecznie jednak nic z tego nie wyszło, mniejsza o to dlaczego... W każdym razie oto byłam już w 8 miesiącu, a zdjęcia nadal brak, zwyczajnie zaczęłam się bać, że nie zdążę, albo będę już wyglądać jak wieloryb (z doświadczenia wiem, że najlepszy moment na zdjęcia brzuszkowe to 7 miesiąc, ja w sumie już w 6 byłam konkretną "kulką"). Zmobilizowałam więc moich chłopców i dzięki umiejętnościom Męża zdjęcie powstało bardzo sprawnie, w domowych warunkach i dokładnie takie, jak chciałam. Niedługo oba będą zdobić ścianę, na którą patrzymy każdego ranka po przebudzeniu.

 

poniedziałek, 09 listopada 2015

Wiem, że jestem ostatnio monotematyczna, ale tak naprawdę poza ciążą ostatnio niewiele się u mnie dzieje. Tak to jest, jak człowiek siedzi w domu na L-4, na dodatek przez większość czasu z chorym dzieckiem. Bez Maksa może mogłabym trochę poszerzyć horyzonty, może obejrzeć jakieś ambitne filmy, o których mogłabym Wam napisać, a tak - oglądam "Mia i ja" i "Scooby-Doo". Trudno.

Mam za sobą 3 wizyty u lekarzy. Pierwszą 1,5 tygodnia temu, u mojego lekarza prowadzącego - wszystko dobrze, Miś odwrócony głową w dół pozbawił mnie złudzeń co do potencjalnej cesarki. I od razu zafundował konkretny szok - w 31 tygodniu ciąży wg usg ważył jakieś 2200 g! Przypominam, że jego starszy brat w dniu narodzin w 36 tygodniu ważył... 2100 g ;)

Kolejna wizyta to kontrola u diabetologa, po miesiącu od zdiagnozowania cukrzycy ciążowej i wprowadzenia diety. Tu dobre wieści, tzn. mimo zdarzających się przekroczeń normy, nie muszę brać insuliny... jeszcze. Dostałam jednak ostrzeżenie i jeśli nie opanuję cukrów po śniadaniu (wtedy najczęściej mam przekroczenia), to dostanę jednak tę insulinę. Od wizyty jednak wprowadziłam zmiany i wyniki od razu dużo lepsze. Jestem dobrej myśli.

I najważniejsza wizyta - kontrolne usg III trymestru u lekarki, którą darzę największym zaufaniem. Byłam u niej w tej ciąży raz i jest to zarazem lekarka, która zdecydowała o cc, gdy Maks przyszedł na świat.

Przyznam szczerze, że szłam na tą wizytę z nadzieją, że usłyszę, że mój lekarz prowadzący pomylił się w pomiarach. Na wizycie u niego usłyszałam bowiem, że Michałek ma główkę znacznie większą niż by wypadało w tym tygodniu ciąży. Do tej pory rósł bardzo harmonijnie i wszystkie pomiary idealnie trafiały w etap ciąży, na którym się aktualnie znajdowałam. Tym razem brzuszek i kość udowa również utrzymały tę tendencję, natomiast główka nie wiadomo czemu, nagle wyprzedziła wszystko o 3-4 tygodnie, mieszcząc się tym samym na górnej granicy normy.

Niestety mimo kilkukrotnych pomiarów i bardzo dobrego sprzętu usg, lekarka potwierdziła te informacje. Właściwie nie wiadomo, co to może oznaczać. Może po prostu nasze dziecię będzie miało dużą głowę - i tyle. Może za chwilę proporcje się wyrównają. A może nie. O ile dysproporcja utrzyma się na stałym poziomie, to nic się nie dzieje - gorzej jeśli będzie się pogłębiać. Dlatego trzeba będzie tę kwestię jeszcze monitorować.

Drugą kwestią, którą chciałam koniecznie skonsultować z innym lekarzem niż mój prowadzący była kwestia porodu. Choć po rozmowie z moim ginem pogodziłam się z tym, że przyjdzie mi rodzić naturalnie, zapytałam o to panią doktor. I wyszło szydło z worka, bo mój lekarz nie powiedział mi całej prawdy. Ze względu na to, że mam za sobą cesarskie cięcie, w przypadku porodu sn, muszę najpierw wyrazić zgodę NA PIŚMIE. A jeśli jej nie wyrażę? Teoretycznie mój gin powinien mnie bez problemu skierować na cc. Tu jednak pojawia się cały szereg problemów, ale to naprawdę długa historia... W każdym razie na każdym etapie ktoś może mi rzucać kłody pod nogi.

Przyznam, że wyszłam z gabinetu rozbita zupełnie i przepłakałam prawie całe 2 dni. Z jednej strony z obawy o zdrowie Misia, z drugiej: bo poczułam się oszukana przez mojego lekarza. Z trzeciej: bo ciąża i poród to naprawdę wystarczająca dawka stresu dla kobiety, a tu jeszcze zamiast przejść przez to wszystko otoczona troskliwą opieką, będę musiała prawdopodobnie "walczyć o swoje" ze służbą zdrowia. Dlaczego? Czy naprawdę lekarze nie rozumieją, że kobieta w 9 miesiącu ciąży zwyczajnie nie ma siły z nimi walczyć? Czy oni nie są po to, żeby pomagać??

Temat porodu mocno mnie teraz zaprząta, póki co zbieram siły, żeby na najbliższej wizycie (za tydzień) porozmawiać szczerze z moim lekarzem prowadzącym. Opcji jest kilka i ostatecznie powinny zaprowadzić mnie do dowolnego rozwiązania, jakie sobie wybiorę - chciałabym tylko, żeby nie oznaczało to stresu i walki, a także porodu w innym szpitalu niż sobie wymarzyłam :/

czwartek, 29 października 2015

Jakoś wyleciało mi z głowy, by o tym napisać - byliśmy z Małym Skowronkiem u logopedy. O tym, dlaczego w ogóle tam trafiliśmy, pisałam już tutaj. Wybieraliśmy się dość długo, bo Maks chorował, ale ku mojemu zaskoczeniu zupełnie nie było problemów z terminami. Przed wizytą kilka razy tłumaczyłam Maksowi czego może się spodziewać podczas tej wizyty - było o tyle łatwiej, że w tym czasie mieli też kontrolę logopedyczną w przedszkolu, więc nie było to dla niego nowością. Ja skupiłam się głównie na upewnieniu się, że będzie u logopedy mówił normalnie, a nie "jak dzidziuś", co mu się ostatnio dość często zdarzało (kolejna reakcja na młodsze rodzeństwo?).

Trafiliśmy do przemiłej pani, która serdecznie się uśmiała z naszej opowieści z gatunku "od Annasza do Kajfasza czyli co my tu właściwie robimy", a która to opowieść była odpowiedzią na jej pytanie "Co Państwa do mnie sprowadza, co Państwa niepokoi?" Otóż, nas nie niepokoi nic ;) Jak się na koniec okazało - całkiem słusznie.

Maks współpracował bardzo dobrze i ostatecznie dowiedzieliśmy się, że co prawda jakiś rodzaj głosek sprawia mu jeszcze problem (nie pamiętam teraz jakie to głoski, a określenia "dźwięczne", "bezdźwięczne" i cała reszta są dla mnie czarną magią i nie chcę czegoś przekręcić), ale w jego wieku to jeszcze nie jest powód do niepokoju, a tym bardziej terapii logopedycznej. Nie wymawia też "R", z czego oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, ale na wykształcenie tego dziecko ma czas do 6 roku życia.

Tym sposobem uspokojeni wyszliśmy od logopedy, Maks był panią zachwycony i chciałby jeszcze ją odwiedzić, my cieszymy się, że jednak nie będzie to konieczne ;) Zakończyliśmy rajd po specjalistach i zostajemy "tylko" przy naszej dobrze znanej rehabilitacji. Uff.

Tagi: zdrowie
20:52, berenika1000
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55