| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    


Lilypie Kids Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Lubię czytać








Kategorie: Wszystkie | szpital
RSS
wtorek, 28 marca 2017

Wybieramy się całą rodziną na zlot food-trucków. Mówię Maksowi, że zabieramy ze sobą jeszcze ciocię.

M: A jaką?

Ja: Fajną.

M: Ale którą?

Ja: A jakie masz fajne ciocie?

M (z namysłem): Ciocię Martę... ciocię Edytę... ciocię Magdę... ciocię Gosię.

Ja: W sumie to chyba wszystkie Twoje ciocie są fajne?

M: Tak! A jedna jest nawet siostrą mamy!!!

10:18, berenika1000
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2017

Dzisiaj.
Jak prawie nigdy, obaj chłopcy bawią się w pokoju Maksa, a ja piję kawę - w INNYM pokoju (wow!). Słyszę:

- Michałku jak ja Cię kocham. Kocham Cię, że mi znajdujesz te klocki, których potrzebuję.

***

Również dzisiaj. Później.

Maks leży na kanapie z policzkiem przyciśniętym do poduszki i jęczy. Boli go ząb (to materiał na osobny wpis, ale już wychodzimy na prostą). Michał staje przy kanapie, przytula go, a potem zaczyna głaskać go po głowie.

Mega wzruszenie.

22:59, berenika1000
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 stycznia 2017

Od jakiegoś czasu staram się planować sobie coś na każdy rok. Ma to formę postanowień albo planów, różnie. Chyba nawet w ubiegłych latach pisałam o tym tutaj, choć akurat w zeszłym roku nie, bo miałam inne sprawy "na głowie" ;)

W rozpoczętym właśnie roku 2017 zamierzam:

- wytrwać do sierpnia z zapuszczaniem włosów i obciąć je na potrzeby akcji "Daj włos!", wspólnie z dwiema cudownymi przyjaciółkami; nie będzie to dla mnie łatwe, gdyż z jednej strony obawiam się, czy urosną wystarczająco do tego czasu, a z drugiej nie wiem czy wytrzymam, bo już teraz są dłuższe niż lubię i bardzo mnie denerwują;

- przeczytać wszystkie książki z mojej domowej biblioteczki, których jeszcze nie przeczytałam; naliczyłam ich około 15 i większość pojawiła się u mnie na przestrzeni ostatniego roku - a że własne książki zawsze mogą poczekać, to one właśnie tak czekają... i czekają...

- rozwinąć działalność fotograficzną w kierunku, który będzie przynosił realne zyski - pomysłów mam kilka, postanowienie to wznawiam co roku... jednak w tym roku to już nie tylko chęć, a potrzeba, więc musi się udać.

***

W Nowy Rok skończył mi się urlop macierzyński, w tej chwili "wypoczywam" na zaległym urlopie wypoczynkowym. Od 25 lutego do 4 grudnia czeka mnie natomiast urlop wychowawczy, więc właściwie, oprócz finansów, nic się nie zmienia. Nadal jestem kurą domową ;)

***

Jutro Miś kończy ROK. Za kilka godzin przestanie być niemowlakiem! :(

22:19, berenika1000
Link Komentarze (1) »
sobota, 31 grudnia 2016

68 :) Jest dobrze :)

12:15, berenika1000
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 listopada 2016

Ma 10,5 miesiąca. Ten rozpoczęty 11 miesiąc zdecydowanie jest przełomowy. Nagle okazuje się, że dziecko mówi (da, to, chce to, tata, tam) i w ogóle jest super komunikatywne, czworakuje, wstaje przy meblach, odkrywa nowe zabawy... Patrzę na niego i jedyne co przychodzi mi do głowy to "wow!"

A nie, jednak nie jedyne. Równie często myślę "nieeeeee!" gdy upada, ściąga wszystko ze stołu, wyciąga kable ze wszystkich zakamarków i wkłada do buzi wszystkooooooo, a w szczególności to, czego absolutnie nie wolno.

***

A tak poza tym to chorujemy... lada dzień moje urodziny i mam na ten dzień imponujące plany: będę siedzieć chora w domu z chorym Maksem i chorym Michałem i marzyć o tym, żeby ten dzień się skończył i żebym mogła pójść spać. Jak każdego dnia. Przetrwać, przetrwać, przetrwać... na nic więcej mnie nie stać w obecnym stanie.

23:44, berenika1000
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 października 2016

Jest marudny, niemożliwie marudny, myślałam że po zeszłotygodniowej chorobie już gorzej być nie może (i w sumie nie jest, bo żadne marudzenie nie dorówna horrorowi podawania Michałowi syropów oraz odciągania wydzieliny z nosa), a jednak marudzi więcej, więcej, więcej... Właściwie nie schodzi z rąk. Nawet jak śpi, bo śpi mi na brzuchu (w dzień). Stwierdzenie "nie mam się kiedy wysikać" nie jest ani trochę przesadzone...

A jednocześnie jest cudowny. Ma uśmiech za milion dolarów i piękne, ogromne, orzechowe oczy. Jego gaworzenie powoli nabiera znaczenia, już nie gada tylko żeby wydawać dźwięki - ewidentnie próbuje rzeczy i zdarzenia nazywać. Fascynuje go światło, które zapala się i gaśnie. Świetnie radzi sobie z samodzielnym jedzeniem (jak również z samodzielnym rzucaniem jedzeniem). Ma łaskotki. Uwielbia swojego starszego brata i poszedłby za nim w ogień. Wciąż jeszcze daje się przytulać i całować, z czego korzystam ile się da. Pakuje mi palce do ust i sprawdza czy mam zęby, a język uważa za niesamowicie zabawną rzecz. Pakuje mi palce do oka i to już nie jest w ogóle zabawne. Zaczyna sam siadać, jeśli tylko ma jakieś minimalne podwyższenie na którym może się oprzeć to idzie mu to raz-dwa. Świetnie sprawdza się dolna półka w regale na książki albo leżąca mama lub tata. Nadal pozwala się nosić w chuście, ale natychmiast wyciąga ręce, by dotykać świata, który z tej wysokości jest jakby bardziej dostępny. Lubi moje włosy, o dziwo nie jest to jednoznaczne z tym, że lubi też długie włosy innych kobiet, bo nie lubi. Lubi za to okulary i brody (to oczywiście zasługa Dużego Skowronka). Lubi ze mną tańczyć i rozpoznaje piosenki z płyty, do której tańczymy - gdy zdarzyło mi się zaśpiewać mu jedną z nich, od razu spojrzał na odtwarzacz :)

Mamy za sobą jedno dłuższe rozstanie - około 12h naszej pracy na weselu - gdy został ze swoją matką chrzestną. Stres podczas robienia zdjęć w kościele był niczym w porównaniu z tym, jak denerwowałam się naszą rozłąką. Miś jednak radził sobie z ciocią świetnie, a gdy przyjechałam wieczorem na karmienie i usypianie i wzięłam go na ręce, tak pięknie mnie głaskał po rękach, jak jeszcze nigdy. Zapamiętam ten gest chyba na zawsze. Tyle czułości.

23:08, berenika1000
Link Komentarze (2) »
środa, 28 września 2016

Nie było mnie bardzo bardzo dawno. I... właśnie gdy zaczynam pisać ten wpis, dziecię mi się obudziło. No i koniec pisania. Zobaczymy, kiedy ciąg dalszy (ku pamięci: piszę to o 11:23).

I oto ciąg dalszy. 18:58. Dnia następnego. To dość dobra ilustracja tego, jak wygląda u mnie tzw. "czas wolny".

Na pewno nie dam rady dobrze streścić tych miesięcy, bo zwyczajnie wielu rzeczy nie pamiętam. Dni są podobne do siebie i zlewają się w jedną całość, nawet urozmaicenia przemykają tak szybko, że giną w natłoku codzienności. Ale spróbujmy. Przez ostatnie kilka miesięcy:

1. Byliśmy na bardzo udanych wakacjach, częściowo we Wrocławiu (gdzie bardzo polecam: zoo, Hydropolis oraz Muzeum Przyrodnicze, fontanny przy Hali Stulecia, a także rejs po Odrze i kurs Polinką nad Odrą :)); częściowo w Kotlinie Kłodzkiej (gdzie polecam odwiedzić kopalnię złota w Złotym Stoku oraz Błędne Skały).

(19:42 - była przerwa na ponowne usypianie Młodszego oraz ogarnięcie Starszego, a także przepakowanie zmywarki...)

2. Maks rozpoczął kolejny rok przedszkolnej edukacji, aktualnie w grupie pięciolatków i w "nowej" sali, która znajduje się w budynku szkoły podstawowej (co jest i plusem - bo oswoi się z miejscem, i minusem - bo mamy do niej dwa razy dalej niż do przedszkola i nijak nie da się tam wejść z wózkiem... o co zresztą zaczęłam właśnie toczyć batalię z urzędem).

3. Michał zmienił się z nieporadnego maleństwa w całkiem fajnego pełzaka, waży 9 kg, ma 6 zębów i odkrywa świat na wiele nowych sposobów. Niestety oprócz zmian na lepsze, są i takie na gorsze, a mianowicie zmiana w zakresie snu nocnego. Po pół roku rozpieszczania rodziców przespanymi nocami, teraz zapewnia nam rozrywkę w postaci licznych pobudek i nocnych karmień, a także masakrycznego wieczornego usypiania. Zwalam winę na zęby, ale czy naprawdę zamierza to ciągnąć aż do uzyskania pełnego uzębienia?? Bez przerw??

4. Przybył nam drugi samochód, takie bardziej "jeździdełko", bo Seicento, ale jest ekonomiczne i dzięki temu nie jestem skazana tylko na własne nogi i wózek. I nie, ja nie jeżdżę Seicentem. Ja jeżdżę tym, czym jeździłam, a Seicentem Mąż jeździ do pracy ;)

5. Udało mi się zaliczyć obowiązkowe 52 książki w tym roku, a myślałam, że nie dam rady z niemowlakiem.

6. Dużo jeździmy, odwiedzamy różne pomniejsze atrakcje w okolicy. W zasadzie o dziwo z Michałem jeździmy więcej, niż gdy mieliśmy tylko 1 dziecko. Trochę chyba dlatego, żeby Maks nie był pokrzywdzony, że tak wiele uwagi skupia się na młodszym bracie - niech i on ma coś z życia. Przy okazji odkrywamy fajne miejsca i chętnie - a zarazem z łatwością, bo są blisko - do nich wrócimy. Niestety sezon powoli się kończy, a na myśl o ponurych jesiennych wieczorach od razu zaliczam spadek nastoju.

7. Od narodzin Michała Maks był chory tylko raz. Ja wtedy chorowałam z nim, w rezultacie Michał dostał kataru. Który sam przeszedł. Potem ja chorowałam tak totalnie, zapalenie krtani, gardła itd., antybiotyk - Michał nic. Teraz zaś rozchorował się Duży Skowronek i niestety zaraził najmłodszego, co poskutkowało kaszlem. I to by było na tyle jeśli chodzi o historię chorób przez prawie 9 miesięcy jego żywota, co przy przedszkolaku w domu i wziąwszy pod uwagę, że on sam również przymusowo odwiedza przedszkole na kilka minut praktycznie codziennie, uważam za doskonały wynik.

8. Przebudowaliśmy trochę skład naszego foto-warsztatu, co mam nadzieję przyniesie wymierne efekty jeśli chodzi o komfort naszej pracy. Na pewno znacznie ułatwi mi życie fakt, że zdjęcia do dokumentów mogę drukować na miejscu, a nie biegać po całym mieście (z niemowlakiem, of course...).

9. Z braku innych rozrywek wpadłam w wir rozmaitych internetowych konkursów, testów itd. Jak zwykle nie wygrywam tam, gdzie najbardziej mi zależy, ale i tak efekty są całkiem fajne :) A jeśli mogę w ten sposób na różnych rzeczach oszczędzić (np. nie pamiętam kiedy ostatnio musiałam kupić krem do twarzy i na razie się na to nie zanosi...), to jest to jak najbardziej wskazane.

I to tyle w skrócie o nas. Aktualnie dużo łatwiej mi być na bieżąco na instagramie (bo obsługuję go z telefonu, przy komputerze zaś jestem rzadkim gościem), ale postaram się jednak odzywać także tutaj, bo trochę mi tego jednak brakuje...

***

(Wow, udało mi się skończyć ten wpis w zaledwie 3 podejściach! I w ciągu 2 dni!)

20:15, berenika1000
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 maja 2016

Zapisuję ku pamięci, bo to było dla mnie ważne wydarzenie, a ilość kłód rzucanych nam pod nogi jak z amerykańskiej komedii... Mimo to wszystko się udało.

Jo Nesbo miał przyjechać do Wrocławia w związku z obchodami Światowego Dnia Książki, a zarazem uczczenia faktu, iż Wrocław został Europejską Stolicą Kultury. Była to wyjątkowa okazja, ponieważ przyjechał do Polski dopiero drugi raz. Plan był taki, że jedziemy we czwórkę: ja, moja przyjaciółka Marta, która też uwielbia jego książki, mój Mąż i najmłodszy Skowronek (z racji mlecznego "przywiązania" do mamy).

Jak nietrudno się domyślić - dostanie się na to spotkanie nie należało do najłatwiejszych. Trzeba było zdobyć wejściówkę udostępnioną poprzez system sprzedaży biletów w internecie. Zostały one udostępnione w piątek (nie pamiętam daty) o godz. 12.00. Rozeszły się natychmiast. A ja... cóż, przegapiłam. Poszłam wtedy na spacer. Gdy sobie przypomniałam (12.20), było już oczywiście za późno.

Na szczęście po kilku dniach udostępniono dodatkową partię wejściówek, 50 sztuk. Czatowałam przed komputerem i udało się (rozeszły się w ciągu kilkunastu sekund!). Niestety, tylko jedną... Widocznie było to jednak przeznaczenie, gdyż dzień przed wyjazdem przyjaciółka musiała zrezygnować. Byliśmy umówieni, że pojedziemy jej samochodem, więc kolejna komplikacja... Na dodatek tego samego dnia przebiła nam się opona w wózku - a był on na tę wyprawę niezbędny.

Byłam jednak bardzo zdeterminowana, a Mąż bardzo pomocny, pojechaliśmy więc naszym autem, a oponę w wózku udało się wymienić na czas. Po dojechaniu do Wrocławia wyciągamy wózek, a tam - druga opona przebita! Aaa! No nic, jedziemy z kapciem. Zaparkowaliśmy w Arkadach Wrocławskich - aaaaaaaa najgorzej oznakowane centrum handlowe ever, myślałam, że się nie wydostaniemy z tego parkingu, a to był dopiero początek...

W końcu dotarliśmy na miejsce spotkania i od tego momentu zaczęły się dobre rzeczy:

- miły pan, który mimo rąk pełnych roboty zadał sobie trud odwiezienia mnie windą na 2 piętro do pokoju dla matki karmiącej (bardzo ładnego zresztą! polecam teatr Capitol)

- ten sam pan uratował mnie, gdy miałam problem dostać się z powrotem do sali na spotkanie (bo wyszłam karmić)

- mój cudowny Mąż, który dzielnie z klapniętym wózkiem i dzieckiem na rękach zajął mi miejsce w kolejce po autograf

- cudowne panie z początku kolejki, które widząc mojego męża z dzieckiem zaproponowały, że nas wcisną na początek kolejki

- mój cudowny syn, który po masakrycznym zmęczeniu i wrzasku zdrzemnął się w aucie 20 minut, po czym resztę podróży spędził patrząc mi ze spokojem głęboko w oczy, dzięki czemu wracaliśmy godzinę krócej i bez postojów.

Konkluzje na koniec:

- przestałam się bać podróży z dzieckiem

- jednak są mili ludzie na tym świecie

- mój mąż jest niezawodny i jakimś cudem ani razu się nie pokłóciliśmy

- Arkady Wrocławskie są najgorzej zorganizowanym CH jakie w życiu widziałam i mają beznadziejny pokój do karmienia (do głównych problemów zaliczam: brak oznakowania na parkingu, gdzie są wyjścia i winda; brak planu CH na którym można wyszukać sklep/punkt usługowy; pokój do karmienia tylko na jednym poziomie; beznadziejne oznakowanie parkingów)

- auto to super miejsce do karmienia ;)

Spotkanie było wspaniałe, zabawne i ciekawe. Jo Nesbo na żywo przystojniejszy niż na zdjęciach ;) Wspaniała wiadomość: nowa powieść z Harry'm Hole pojawi się już w przyszłym roku! Zdobyłam autograf w obu książkach, na których mi zależało ("Policja" - bo to HH i pierwsza książka Nesbo, którą przeczytałam; "Syn" - bo to najlepsza jego książka oprócz cyklu o HH). Było parę minusów, ale jestem w stanie zrozumieć, że były niezbędne z przyczyn organizacyjnych (rozmowa była prowadzona po angielsku - co rozumieli prawie wszyscy obecni - po czym traciło się drugie tyle czasu słuchając tłumaczenia... ale rozumiem, że jednak nie każdy musi znać angielski; nie można było robić sobie zdjęć z autorem - brak czasu a duuuużo chętnych - kolejka przez pół Wrocławia!). Na pewno będę bardzo miło wspominać tę wyprawę. Było warto :)

sobota, 26 marca 2016

To nie tak, że podwójne macierzyństwo aż tak mnie pochłania, że nie mam czasu pisać. Czas może nawet by się znalazł, ale kiedy w końcu mam chwilę dla siebie, to zwyczajnie nie chce mi się włączać komputera. Wolę ten czas spędzić z książką albo w spokoju napić się kawy. Internet ogarniam na bieżąco (choć pobieżnie) w komórce i tyle mi zazwyczaj wystarcza. Nie tęsknię za blogowaniem, może to czas na naturalną śmierć bloga? Zobaczymy.

Jak jest być mamą po raz drugi? Łatwiej. I trudniej.
Łatwiej, bo pewne sprawy ogarniam niejako "z zamkniętymi oczami". Mało co mnie stresuje. Chciałabym mieć ten luz i tą wiedzę przy pierwszym dziecku. O ileż łatwiejsze byłoby moje życie!
Trudniej, bo - cóż, spodziewałam się tego - mam mniej cierpliwości do starszaka. Więc niejako będąc mamą drugiego dziecka, zwyczajnie jest mi trudniej być mamą... tego pierwszego!

Wiele osób pyta o reakcję Maksa na brata, czy nie jest zazdrosny itp. Nie jest, zupełnie. Względem Michałka zachowuje się wspaniale, rozmawia z nim, śpiewa mu piosenki, biegnie do niego zajrzeć gdy wstaje, gdy wraca do domu, gdy Michaś budzi się z drzemki. Opowiada, że jak brat podrośnie to będą robić te same rzeczy, że będą mieć wspólny pokój i piętrowe łóżko. Mówi, że Michaś jest naszą "gwiazdką z nieba". Z drugiej strony jednak domaga się uwagi - którą oczywiście staramy się mu poświęcać w miarę możliwości - często w niezbyt fajny sposób, tzn. robiąc coś wbrew naszym zakazom i ostentacyjnie okazując lekceważenie albo złość. Niestety na tym polu często ponosimy porażkę przez swój brak cierpliwości. Ale pracuję nad tym, pracuję, pracuję... Może jak nas pogoda wreszcie wypuści z domu to będzie lepiej.

Co do Misia: trochę jest nam jak przy małym Maksie, trochę też inaczej.
Miś pięknie śpi w nocy, zazwyczaj zasypia przed 20.00 i przesypia od 6 do 9 godzin ciągiem. Potem jedna pobudka i śpimy do 6.00 lub 7.00, a jak mamy szczęście, to po krótkich negocjacjach jeszcze można dospać do 9.00 ;)
Wspaniałą odmianą jest kwestia karmienia piersią. Bardzo chciałam i bardzo się uparłam - i karmię. Nie było najłatwiej i właściwie dopiero teraz osiągamy powoli stan karmienia bez bólu oraz stabilizację laktacji. Ale daje mi to całe morze satysfakcji. Ostatnio wzbudziliśmy małą sensację w przychodni, gdy okazało się, że Michaś przybiera w tempie 1,2 kg na miesiąc ;) Rośnie więc jak na drożdżach, a poza tym (oprócz gabarytów) jest bardzo podobny do starszego brata, co mówi każdy, kto pamięta Maksa z czasów niemowlęcych. Jest też bardzo pogodnym dzieckiem, dużo się uśmiecha i chętnie gaworzy.
Z Michałem udało mi się to, co nie udało się z Maksem: chustonoszenie. Gdy miał 3 tygodnie spotkałam się z doradcą, wspaniałą Małgosią, która nauczyła mnie wiązać chustę tkaną (a bałam się strasznie) i od tamtej pory korzystamy z tego wspaniałego wynalazku. Duży Skowronek podchodził do tematu trochę nieufnie, ale po spotkaniu z Gosią może da się namówić nawet na noszenie w chuście kółkowej, bo jest łatwiejsza (dziś właśnie kupiłam!).
Pod pewnym względem mamy (niestety) "powtórkę z rozrywki" historii Maksa, a mianowicie trafiliśmy do Ośrodka Wczesnej Interwencji na rehabilitację z powodu obniżonego napięcia mięśniowego. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie się to jednak ciągnąć latami... zobaczymy. Na chwilę obecną z tego powodu Michał ma odroczone szczepienia, co mnie szczególnie nie martwi - szczepić oczywiście zamierzamy, ale myślę, że im później, tym lepiej.

I to chyba tyle na dziś. Zmykam ponacieszać się trochę ciszą i spokojem, zjeść kolację oraz obejrzeć z Mężem kolejne odcinki nowego sezonu "Wikingów" :D

Wesołych Świąt!

czwartek, 28 stycznia 2016

Czas leci, Miś ma już ponad 3 tygodnie, a mnie wciąż brak czasu, by opisać jego przyjście na świat. Spróbuję więc teraz tak szybciutko choć te parę najważniejszych spraw, żeby zostały "ku pamięci".

Do szpitala trafiłam 29 grudnia. Wiedziałam, że tak będzie, bo miała to być "obserwacja ze względu na cukrzycę ciążową", torba przed wizytą u lekarza już czekała spakowana. Jednak pojawił się element zaskoczenia: na ktg przed wizytą maluch miał podwyższone tętno. Lekarz kazał powtórzyć badanie i zależnie od wyniku miała zapaść decyzja: albo idę na oddział prosto z przychodni (która mieści się w szpitalu), albo zgodnie z planem idę tam jeszcze dziś, ale mogę wrócić do domu po rzeczy. Na szczęście na drugim ktg wszystko było już dobrze.

W szpitalu trafiłam do sali 4-osobowej z samymi "ciężarówkami", było nam całkiem sympatycznie. Z dziewczyną, która czekała na wywoływanie porodu, bo była po terminie, śmiałyśmy się, że czekamy chociaż do północy w Sylwestra, a potem możemy iść na porodówkę ;) Na patologii ciąży na szczęście dzieci mogą przychodzić w odwiedziny, więc w tym czasie jeszcze mogłam zobaczyć się z Maksem i rozstanie aż tak nam się nie dłużyło.

30 albo 31 grudnia miałam usg i szacowana waga dziecka wskazywała 4 kg. Mój lekarz prowadzący w końcu się poddał i stwierdził, że skoro nic kompletnie nie wróży rychłego porodu, to będzie cc, ale poczekamy sobie z nim do nowego roku. Uspokojona więc czekałam.

W Nowy Rok jednak Michaś postanowił nastraszyć mamę. Doszłam do wniosku, że moje dzieci bezstresowo nie potrafią przyjść na świat... Od południa źle się czułam, prawdopodobnie zaszkodziła mi kawa zbożowa, a konkretnie mleko w niej zawarte (odkryłam, że mam prawdopodobnie nietolerancję laktozy, ale o tym kiedy indziej). Przez kilka godzin męczyły mnie mdłości, które ostatecznie zakończyły się wymiotami. Dziewczyny z sali wróżyły mi to jako oznakę zbliżającego się porodu, ale po tym jednym razie wszystko mi przeszło. Pech jednak chciał, że tuż po tym nieprzyjemnym incydencie miałam badanie ktg. Tętno Małego oscylowało pomiędzy 160 a 200. I się zaczęło... Położne zabrały mnie na salę porodową, żeby mnie podpiąć pod inny aparat do ktg "bo może to wina sprzętu". Potem kolejny aparat. W międzyczasie wezwały ordynatora (który jest okropnym, wrednym chamem bez podejścia do pacjenta i o delikatności niedźwiedzia), który mnie zbadał (życzę mu z całego serca, żeby kiedyś i jego ktoś zbadał równie "delikatnie") i zarządził wykonanie kilku badań, żeby wykluczyć, czy stan dziecka nie jest rezultatem jakiejś rozwijającej się u mnie infekcji. Oczywiście nikt mi tego nie powiedział. Zamiast tego wokół mnie zaczęły się przygotowania do cesarskiego cięcia. Położne wypisały mi wszystkie dokumenty do porodu, dały mi do podpisania zgody na szczepienia i badania dziecka itp. To wszystko działo się wokół mnie, a mimo to nikt nie powiedział mi ani słowa na temat tego, co się dzieje. Wylałam tam hektolitry łez, Mąż czekał w pogotowiu na korytarzu, na wypadek gdyby to miało być JUŻ. Przed oczami miałam znów sceny sprzed kilku lat, prawie wszystko było tak samo... byłam totalnie przerażona. Punkt kulminacyjny nadszedł, gdy położna chciała założyć mi wenflon.

- Ale zgadza się pani, tak?

- Najpierw chciałabym się dowiedzieć po co.

- No na wszelki wypadek...

- Jeśli "na wszelki wypadek" to wolałabym nie.

- Nie??

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo nikt mi tu nic nie mówi. Jeśli mam mieć założony wenflon, to chcę najpierw wiedzieć, czy chcecie mi podać jakieś leki, czy już mnie przygotowujecie do cesarki, czy CO.

- Yyyyyy ale to ja nic pani nie mogę powiedzieć, to tylko lekarz może.

- To ja poczekam.

I chlipałam sobie na łóżku porodowym dalej, a Michał dalej miał tętno rzędu 180. Jakoś tak czwartą godzinę. W tym czasie miałam tylko jakieś 20 minut przerwy od ktg. Gdy w końcu doczekaliśmy się na wyniki badań, okazało się, że są dobre, a tętno Małego zaczęło spadać do przyzwoitych granic. Przed 21.00 mogłam w końcu wrócić na salę i do Męża, który odchodził od zmysłów na korytarzu i oczywiście jemu też nikt nic nie powiedział. Ostatecznie wszystko to trwało jakieś 5 godzin.

***

Wszystko wróciło do normy i pozostało czekać na decyzję o cesarskim cięciu. Akurat wypadał weekend, a w weekendy wiadomo, że nie planuje się poważnych zabiegów. Tymczasem od 1.01 oddział zaczął się zapełniać i dzień w dzień było po kilka porodów, co na tak mały szpital nie jest mimo wszystko normą. Śmiałyśmy się, że wszystkie ciężarne czekały tylko do Nowego Roku ;) Ostatecznie zapadła decyzja, że cc robimy w poniedziałek. Oprócz mnie było jeszcze kilka innych dziewczyn w podobnej sytuacji, lekarz zapytał czy mam jakieś życzenia co do kolejności (jak miło), więc powiedziałam, że chcę być pierwsza, bo źle znoszę czekanie.

I tym sposobem 4.01 od rana ruszyła "machina" mająca doprowadzić do naszego spotkania z Michałkiem :) Wiedziałam czego się spodziewać, więc mimo, iż procedury były mało przyjemne, to jednak nie były straszne. Nie wiedziałam tylko jakie to uczucie przy wyciąganiu dziecka, a słyszałam, że bardzo nieprzyjemne. Hmm może rzeczywiście do przyjemności to nie należy, ale też nie jest to coś, co szczególnie zapadło mi w pamięć albo wywołało jakąś traumę. Ze względu na to, że tak bardzo mi zależało, by usłyszeć pierwszy krzyk mojego dziecka (co przy Maksie nie było mi dane) i tak zniosłabym wszystko, byle tylko nie mieć narkozy (choć była dużo przyjemniejsza). Duże znaczenie miała dla mnie pomoc pani anestezjolog, która w pierwszej fazie mówiła mi czego się po kolei spodziewać i powiedziała mi, kiedy lekarz miał już wyciągać Michałka i jakie to będzie uczucie. I udało się - o 8.40 pojawił się Michał i choć zobaczyłam go tylko przez mgnienie oka, to słyszałam, jak płacze i to było dla mnie niesamowite przeżycie. Oczywiście polały się łzy (lecą nawet teraz gdy o tym piszę...). Misia zabrali na badania, a ja spędziłam jeszcze ponad pół godziny na stole operacyjnym. Potem przewiezienie na salę, za drzwiami czekał już mój Mąż - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu już z Misiem w szpitalnym "akwarium" - i moja mama, która jak się okazało po historii z Maksem musiała na własne oczy zobaczyć, że tym razem wszystko ze mną w porządku ;)

***

Resztę pobytu w szpitalu pominę milczeniem, choć aż się prosi, by napisać parę słów o pielęgniarkach z oddziału noworodkowego i o ostatniej chwili załamania, gdy już już mieli nas wypisać, a tu okazało się, że być może jeszcze nie... i znów godziny niepewności, które jednak zakończyły się happy endem.

***

Moje refleksje na temat drugiego porodu? Okazało się, że cesarka nie musi być traumą. Że spodziewane cc też może mieć swój urok. W każdym razie ominął mnie baby blues, szybciej też doszłam do siebie fizycznie. Wszyscy którzy pamiętają to co się działo po narodzinach Maksa, od pierwszych dni podkreślają, że widać, że zupełnie inaczej to przeżyłam, że jestem spokojna. Nawet instruktorka chustonoszenia po spędzonych u nas kilku godzinach napisała mi, że mam w sobie dużo spokoju ;) Myślę, że ma tu znaczenie fakt, że nie jestem tak wystraszona jak przy pierwszym dziecku, większość rzeczy się jednak pamięta. Ale poród również ma wielkie znaczenie. Poród bez traumy. I pozytywne nastawienie od samego początku. Nastawiłam się, że przy porodzie wszystko pójdzie dobrze, że poradzę sobie z karmieniem, z opieką - i tak jest. Jestem spokojna :)

PS. 1.01 ostatecznie nie założono mi wenflonu, bo nie było potrzeby. A mogłam od 1.01 do 4.01 chodzić sobie z niepotrzebnym wkłuciem "na wszelki wypadek" :P

16:42, berenika1000
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55