Lilypie Kids Birthday tickers

Lilypie First Birthday tickers

Lubię czytać








Blog > Komentarze do wpisu

Bardzo długi wpis o szpitalu i porodzie ;)

Czas leci, Miś ma już ponad 3 tygodnie, a mnie wciąż brak czasu, by opisać jego przyjście na świat. Spróbuję więc teraz tak szybciutko choć te parę najważniejszych spraw, żeby zostały "ku pamięci".

Do szpitala trafiłam 29 grudnia. Wiedziałam, że tak będzie, bo miała to być "obserwacja ze względu na cukrzycę ciążową", torba przed wizytą u lekarza już czekała spakowana. Jednak pojawił się element zaskoczenia: na ktg przed wizytą maluch miał podwyższone tętno. Lekarz kazał powtórzyć badanie i zależnie od wyniku miała zapaść decyzja: albo idę na oddział prosto z przychodni (która mieści się w szpitalu), albo zgodnie z planem idę tam jeszcze dziś, ale mogę wrócić do domu po rzeczy. Na szczęście na drugim ktg wszystko było już dobrze.

W szpitalu trafiłam do sali 4-osobowej z samymi "ciężarówkami", było nam całkiem sympatycznie. Z dziewczyną, która czekała na wywoływanie porodu, bo była po terminie, śmiałyśmy się, że czekamy chociaż do północy w Sylwestra, a potem możemy iść na porodówkę ;) Na patologii ciąży na szczęście dzieci mogą przychodzić w odwiedziny, więc w tym czasie jeszcze mogłam zobaczyć się z Maksem i rozstanie aż tak nam się nie dłużyło.

30 albo 31 grudnia miałam usg i szacowana waga dziecka wskazywała 4 kg. Mój lekarz prowadzący w końcu się poddał i stwierdził, że skoro nic kompletnie nie wróży rychłego porodu, to będzie cc, ale poczekamy sobie z nim do nowego roku. Uspokojona więc czekałam.

W Nowy Rok jednak Michaś postanowił nastraszyć mamę. Doszłam do wniosku, że moje dzieci bezstresowo nie potrafią przyjść na świat... Od południa źle się czułam, prawdopodobnie zaszkodziła mi kawa zbożowa, a konkretnie mleko w niej zawarte (odkryłam, że mam prawdopodobnie nietolerancję laktozy, ale o tym kiedy indziej). Przez kilka godzin męczyły mnie mdłości, które ostatecznie zakończyły się wymiotami. Dziewczyny z sali wróżyły mi to jako oznakę zbliżającego się porodu, ale po tym jednym razie wszystko mi przeszło. Pech jednak chciał, że tuż po tym nieprzyjemnym incydencie miałam badanie ktg. Tętno Małego oscylowało pomiędzy 160 a 200. I się zaczęło... Położne zabrały mnie na salę porodową, żeby mnie podpiąć pod inny aparat do ktg "bo może to wina sprzętu". Potem kolejny aparat. W międzyczasie wezwały ordynatora (który jest okropnym, wrednym chamem bez podejścia do pacjenta i o delikatności niedźwiedzia), który mnie zbadał (życzę mu z całego serca, żeby kiedyś i jego ktoś zbadał równie "delikatnie") i zarządził wykonanie kilku badań, żeby wykluczyć, czy stan dziecka nie jest rezultatem jakiejś rozwijającej się u mnie infekcji. Oczywiście nikt mi tego nie powiedział. Zamiast tego wokół mnie zaczęły się przygotowania do cesarskiego cięcia. Położne wypisały mi wszystkie dokumenty do porodu, dały mi do podpisania zgody na szczepienia i badania dziecka itp. To wszystko działo się wokół mnie, a mimo to nikt nie powiedział mi ani słowa na temat tego, co się dzieje. Wylałam tam hektolitry łez, Mąż czekał w pogotowiu na korytarzu, na wypadek gdyby to miało być JUŻ. Przed oczami miałam znów sceny sprzed kilku lat, prawie wszystko było tak samo... byłam totalnie przerażona. Punkt kulminacyjny nadszedł, gdy położna chciała założyć mi wenflon.

- Ale zgadza się pani, tak?

- Najpierw chciałabym się dowiedzieć po co.

- No na wszelki wypadek...

- Jeśli "na wszelki wypadek" to wolałabym nie.

- Nie??

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo nikt mi tu nic nie mówi. Jeśli mam mieć założony wenflon, to chcę najpierw wiedzieć, czy chcecie mi podać jakieś leki, czy już mnie przygotowujecie do cesarki, czy CO.

- Yyyyyy ale to ja nic pani nie mogę powiedzieć, to tylko lekarz może.

- To ja poczekam.

I chlipałam sobie na łóżku porodowym dalej, a Michał dalej miał tętno rzędu 180. Jakoś tak czwartą godzinę. W tym czasie miałam tylko jakieś 20 minut przerwy od ktg. Gdy w końcu doczekaliśmy się na wyniki badań, okazało się, że są dobre, a tętno Małego zaczęło spadać do przyzwoitych granic. Przed 21.00 mogłam w końcu wrócić na salę i do Męża, który odchodził od zmysłów na korytarzu i oczywiście jemu też nikt nic nie powiedział. Ostatecznie wszystko to trwało jakieś 5 godzin.

***

Wszystko wróciło do normy i pozostało czekać na decyzję o cesarskim cięciu. Akurat wypadał weekend, a w weekendy wiadomo, że nie planuje się poważnych zabiegów. Tymczasem od 1.01 oddział zaczął się zapełniać i dzień w dzień było po kilka porodów, co na tak mały szpital nie jest mimo wszystko normą. Śmiałyśmy się, że wszystkie ciężarne czekały tylko do Nowego Roku ;) Ostatecznie zapadła decyzja, że cc robimy w poniedziałek. Oprócz mnie było jeszcze kilka innych dziewczyn w podobnej sytuacji, lekarz zapytał czy mam jakieś życzenia co do kolejności (jak miło), więc powiedziałam, że chcę być pierwsza, bo źle znoszę czekanie.

I tym sposobem 4.01 od rana ruszyła "machina" mająca doprowadzić do naszego spotkania z Michałkiem :) Wiedziałam czego się spodziewać, więc mimo, iż procedury były mało przyjemne, to jednak nie były straszne. Nie wiedziałam tylko jakie to uczucie przy wyciąganiu dziecka, a słyszałam, że bardzo nieprzyjemne. Hmm może rzeczywiście do przyjemności to nie należy, ale też nie jest to coś, co szczególnie zapadło mi w pamięć albo wywołało jakąś traumę. Ze względu na to, że tak bardzo mi zależało, by usłyszeć pierwszy krzyk mojego dziecka (co przy Maksie nie było mi dane) i tak zniosłabym wszystko, byle tylko nie mieć narkozy (choć była dużo przyjemniejsza). Duże znaczenie miała dla mnie pomoc pani anestezjolog, która w pierwszej fazie mówiła mi czego się po kolei spodziewać i powiedziała mi, kiedy lekarz miał już wyciągać Michałka i jakie to będzie uczucie. I udało się - o 8.40 pojawił się Michał i choć zobaczyłam go tylko przez mgnienie oka, to słyszałam, jak płacze i to było dla mnie niesamowite przeżycie. Oczywiście polały się łzy (lecą nawet teraz gdy o tym piszę...). Misia zabrali na badania, a ja spędziłam jeszcze ponad pół godziny na stole operacyjnym. Potem przewiezienie na salę, za drzwiami czekał już mój Mąż - ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu już z Misiem w szpitalnym "akwarium" - i moja mama, która jak się okazało po historii z Maksem musiała na własne oczy zobaczyć, że tym razem wszystko ze mną w porządku ;)

***

Resztę pobytu w szpitalu pominę milczeniem, choć aż się prosi, by napisać parę słów o pielęgniarkach z oddziału noworodkowego i o ostatniej chwili załamania, gdy już już mieli nas wypisać, a tu okazało się, że być może jeszcze nie... i znów godziny niepewności, które jednak zakończyły się happy endem.

***

Moje refleksje na temat drugiego porodu? Okazało się, że cesarka nie musi być traumą. Że spodziewane cc też może mieć swój urok. W każdym razie ominął mnie baby blues, szybciej też doszłam do siebie fizycznie. Wszyscy którzy pamiętają to co się działo po narodzinach Maksa, od pierwszych dni podkreślają, że widać, że zupełnie inaczej to przeżyłam, że jestem spokojna. Nawet instruktorka chustonoszenia po spędzonych u nas kilku godzinach napisała mi, że mam w sobie dużo spokoju ;) Myślę, że ma tu znaczenie fakt, że nie jestem tak wystraszona jak przy pierwszym dziecku, większość rzeczy się jednak pamięta. Ale poród również ma wielkie znaczenie. Poród bez traumy. I pozytywne nastawienie od samego początku. Nastawiłam się, że przy porodzie wszystko pójdzie dobrze, że poradzę sobie z karmieniem, z opieką - i tak jest. Jestem spokojna :)

PS. 1.01 ostatecznie nie założono mi wenflonu, bo nie było potrzeby. A mogłam od 1.01 do 4.01 chodzić sobie z niepotrzebnym wkłuciem "na wszelki wypadek" :P

czwartek, 28 stycznia 2016, berenika1000
Tagi: poród ciąża

Polecane wpisy

Komentarze
2016/01/29 22:11:08
Takie stresy fundowane przed porodem powinny być prawnie zakazane. I traktowanie pacjentki jako zło konieczne/albo intelektualne dno, które nic o swoim stanie nie musi wiedzieć.
Dobrze, że tym razem masz o wiele lepsze wspomnienia z cc:) I że teraz jest już wszystko dobrze:)

A skąd przychodzi do Was pani od chustonoszenia? Dasz mi na nią namiary jakby co?
-
2016/01/31 12:33:33
Pani od chust nazywa się Małgorzata Szolc i jest chyba z Łazisk albo z Mikołowa, tu ją znajdziesz (nie wiem na ile profil jest publiczny ale chyba powinno się dać go obejrzeć bez logowania): www.facebook.com/niemajakumamycom/?ref=ts&fref=ts
Ale na pewno bliżej gdzieś też da się znaleźć, może nawet w Twoim mieście? U mnie chyba nie ma nikogo kto przychodziłby na konsultacje do domu. Można się też wybrać na konsultacje do Kinezis, ale ja wolałam żeby to było u mnie, a poza tym tą panią poleciły mi koleżanki :)
-
2016/01/31 17:00:17
Dziękuję za odpowiedź:* Moja siostra jutro wraca do domu to wejdę z je profilu;)
-
Gość: donique, *.rsknet.pl
2016/02/01 09:38:12
Brawo, Ula :-)
Uwielbiam pacjentów, którzy się NIE zgadzają.. pytają..drążą.. Mają prawo. Nasi składacy bardzo często są wyszczekani, kitu nikt im nie wciśnie, więc ja akurat jestem przyzwyczajona do dialogów podczas dyżurów. I nie znoszę, jak położne/pielęgniarki robią z siebie mimozy i kryją się za lekarskimi plecami.. Już nie wypada..

Gratuluję jeszcze raz małego Michasia :-) Trzymajcie się ciepło..a jak Maks reaguje na młodszego braciszka? :-)
-
2016/02/02 21:11:09
Uff, pozytywne zakończenie, a raczej początek :) :) :*
-
2016/02/04 08:25:11
Doniu - Maks póki co super, baaaaardzo pozytywnie. Choć z drugiej strony widać, że przechodzi ciężkie chwile, ale wyraża to w innych sferach życia niż stosunek do brata.
A to "uwielbiam" to serio czy tak raczej z przekąsem? ;)

Getpink :*
-
Gość: donique, 168.235.197.*
2016/02/06 15:55:58
Serio. To ja jestem z założenia w tej wymianie zdań osobą kompetentną, ale nie wykorzystuję tego by się wywyższać, bardziej - by rozwiać wątpliwości. Pacjent świadomy to pacjent, który nie boi się zadawać pytań, a moim zadaniem jest udzielić pełnej , jasnej odpowiedzi.. Lubię :)